Od wydania "Lean On" minął już ponad rok. W tym czasie przebój Mejdzio Lejza przekroczył na YouTubie magiczną granicę miliarda wyświetleń, pobił rekord w liczbie odtworzeń na Spotify, a przy okazji sprzedał się w nakładzie grubo ponad 4 milionów egzemplarzy w skali globu! W całym tym natłoku potężnych sukcesów nie można jednak zapominać o jednym, który - mimo że nienamacalny i mniej oczywisty - zdaje się mieć znacznie większe znaczenie od pozostałych. Otóż singiel Major Lazer, DJ-a Snake'a i MØ wywarł OGROMNY wpływ na współczesną elektronikę (zwłaszcza tę z okolic EDM-u) i - nie bójmy się tego powiedzieć - zrewolucjonizował cały muzyczny mainstream. Dowód? Po sukcesie komercyjnym "Lean On" jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać mniej lub bardziej udane imitacje tego kawałka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka elektroniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka elektroniczna. Pokaż wszystkie posty
19 sierpnia 2015
RECENZJA: CHVRCHES - Leave A Trace
Bez względu na to, co zaraz przeczytacie, musicie wiedzieć, że naprawdę podobała mi się debiutancka płyta CHVRCHES . Oczywiście były tam pozycje kiepskie i kompletnie nietrafione (np. „Under the Tide” czy „Lungs”), jednak całość trzymała niezły poziom, a single promujące ten krążek to były prawdziwe petardy. Weźmy np. takie „The Mother We Share” – epicki, przestrzenny hymn, który sprawił, że o szkockim trio zrobiło się głośno nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i za Oceanem. To był utwór, do którego chciało się wracać - potrafił wzbudzić w słuchaczu solidną porcję emocji, zachwycić prostymi, ale jakże zapadającymi w pamięć liniami syntezatorów i wreszcie nacieszyć się słodziutkim głosem Lauren Mayberry. Po cichu liczyłem, że nowy singiel CHVRCHES, zapowiadający ich drugi album, choć w połowie zapewni mi podobne doznania. Jednak już po pierwszym odsłuchu „Leave a Trace” było jasne, że cholernie się przeliczyłem.
31 sierpnia 2014
RECENZJA: Little Dragon - Nabuma Rubberband
Little Dragon to zespół, który po raz pierwszy obił mi się o uszy w 2011 roku, przy okazji świetnego singla "Ritual Union". Jednak dopiero teraz - po wydaniu albumu Nabuma Rubberband - przyszło mi poznać większą część twórczości tej grupy. Lepiej późno niż wcale, prawda?
21 sierpnia 2014
PIOSENKA PO PIOSENCE: xxanaxx - Triangles
Debiutancki album xxanaxx to bez wątpienia jedna z tych płyt, na które najbardziej czekałem w 2014 roku. Oczekiwałem debiutu na światowym poziomie - klimatycznej, relaksującej elektroniki, która sprawi, że mimo błogiego stanu ducha podczas odsłuchiwania Triangles, będę miał ochotę wrzeszczeć na całe gardło: "Ludzie!!! W końcu doczekaliśmy się zespołu, którego nie musimy wstydzić się zagranicą!". Całe szczęście do takich emocjonalnych zrywów nie doszło, ale muszę przyznać, że debiut xxanaxx nie zawiódł moich oczekiwań.
1."Rescue Me"
Już pierwszy utwór na płycie zanurza słuchacza w świat czystych, magicznych i pięknie skrojonych dźwięków. Śliczny, rozmarzony wokal Klaudii Szafrańskiej pojawia się tu dopiero po półtorej minuty elektronicznego intra. Oczekiwanie na jego wejście zdecydowanie nie można jednak uznać za czas stracony. Samotnie pulsujące melodie, cyklicznie zmieniające swoje oblicze, dopełniane przez kolejne instrumentalne partie to istna uczta dla uszu. A potem jest jeszcze lepiej, przyjemniej i przytulniej.
2. "Shadows"
Ożywcze sytezatory, czyściutkie fortepianowe akordy, melodyjne smyczki, cowbell rodem z "Together" The xx - tak prezentuje się bogaty skład instrumentów umiejętnie przemyconych do piosenki nr 2 na Triangles. Wszystkie te dźwięki doskonale się dopełniają, tworząc fundamenty pod zaskakująco świeżą, melodyjną i chwytliwą kompozycję. Słowo "pop", które automatycznie nasuwa mi się po przesłuchaniu tego utworu, nie powinno wywoływać niczyjego wstrętu. To naprawdę pop najwyższej próby.
3. "Stay"
Mam duży problem z tą piosenką. Nie ulega wątpliwości, że jest piękna, pełna emocji i niezwykle ujmująca, ale wyraźnie czegoś w niej brakuje. Przed ostatnim wejściem refrenu następuje stopniowe wyciszenie i uspokojenie kompozycji. Jak każdy, spodziewam się zaraz punktu kulminacyjnego, jakiejś efektownej eksplozji dźwięków i emocji. Niestety nic takiego nie ma tu miejsca. Po raz kolejny słyszymy ten sam refren wzbogacony jedynie o przyciężkie bębny. A gdzie cokolwiek przestrzennego? Gdzie chórki? Gdzie jakakolwiek nowa linia melodyczna? Przecież miało być tak dobrze, a jednak pozostaje niedosyt...
4. "Garden"
To jedna z tych niewielu piosenek na płycie, która w ogóle nie przypadła mi do gustu. Już pierwsze dźwięki dość tandetnej marimby zdecydowanie nie zjednały sobie u mnie sympatii. Wejście łagodnego, czarującego wokalu trochę ten stan poprawiło, dając nadzieję na przyjemny, odprężający refren. Niestety gdy tylko on nadszedł, wszystko trafił jasny szlag. Nie wiadomo, skąd, dlaczego, po co - nagle odezwały się jakieś chóralne wrzaski, przywołujące najgorsze skojarzenia z zespołami pieśni i tańca albo szlagierami takimi jak "My Słowianie". W połączeniu z dźwiękami harfy i skrzypiec pod koniec utworu niestety brzmi to jak zupełnie kiczowata papka.
5. "Facing Eternity"
Na szczęście kolejny utwór daje zupełne oczyszczenie, prawdziwe katharsis. Sample z samego początku "Facing Eternity" są tak płynne, boskie, tak nieludzko piękne, że aż chciałoby się ich dotknąć i bez reszty się w nich zanurzyć. Delikatny, doskonale dopasowany do muzycznego tła wokal jeszcze bardziej potęguje wrażenie odrywania się od ziemi, szybowania w ulotnych chmurach marzeń, uczuć i pragnień. Krótko mówiąc: coś wspaniałego, piosenka-ideał!
6. "Wolves"
Niemniej okazale prezentuje się ostatni utwór z pierwszej połówki albumu. W przeciwieństwie do poprzednich, raczej radosnych i optymistycznych kompozycji, tym razem wchodzimy w mroczne klimaty witch-house'u. Nawet w tak tajemniczej i posępnej stylistyce słodki i łagodny wokal Klaudii Szafrańskiej sprawdza się wręcz wzorcowo, tu akurat przywołując skojarzenia z głosem Megan James, wokalistki Purity Ring. Wspominając o warstwie wokalnej "Wolves", nie sposób nie wspomnieć o udziale w tym utworze Tomasza Makowieckiego. Co prawda jego wokal nie zrobił na mnie jakiegoś spektakularnego wrażenia, jednak męski głos o zupełnie innej wrażliwości to z pewnością ciekawe urozmaicenie zawartości Triangles.
7. "Oxymorons"
To jeden z tych utworów, który doskonale udowadnia, że czasem "mniej znaczy więcej". Mimo że zamiast kaskady dźwięków i kolorów "Oxymorons" stawia na stonowany minimalizm, piosence zdecydowanie nie można odmówić wyrazistości. W czym się tu ona objawia? Przede wszystkim w płynnej, niezwykle gustownej perkusji, syntezatorowych smaczkach w tle, przyjemnie nastrajającym wokalu, jak i całym misternie budowanym chilloutowym klimacie. Dlatego jeśliś spięty, czym prędzej sięgaj po ten utwór!
8. "Kingdom of Dust"
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta piosenka zwyczajnie tu nie pasuje. Po pierwsze, jest to niezbyt gustowny electropop, który w otoczeniu przeważających na płycie chillwave'owych kompozycji ma się mniej więcej jak kwiatek do kożucha. Po drugie, tempo, w jakim ten utwór został osadzony, to istna gonitwa w porównaniu do nieśpiesznej reszty albumu. No i wreszcie po trzecie, tak jak w przypadku "Garden" jest to kolejny nietrafiony kawałek, który sili się na enigmatyczność i oryginalność. Efekt - bardzo średni, żeby nie powiedzieć: kiepski.
9. "Story"
Trudno się dziwić, że właśnie ta piosenka została singlem i doczekała się porządnie zrealizowanego teledysku. Siła "Story" tkwi bowiem nie tylko w niezwykłej melodyjności i chwytliwości, lecz również w umiejętnym balansowaniu pomiędzy popową infantylnością i prostotą a typową dla "majesticowych" kompozycji świeżością i delikatnością. Poza tym to oczywiście świetny, optymistyczny utwór, który doskonale sprawdzi się w słoneczne, wakacyjne dni.
10. "Hurt Me"
Bez wątpienia jedna z moich ulubionych piosenek na całej płycie - niesamowicie klimatyczna, urokliwa, pochłaniająca słuchacza bez reszty. Wzbudza najróżniejsze emocje: od zachwytu, przez smutek, aż po jakiś dziwny rodzaj tęsknoty. I to zasługa nie tylko doskonałej muzyki - świetnego połączenia syntezatorów, fortepianu, gdzieniegdzie nawet cowbellu. Również w tekście utworu zawarte jest coś wyjątkowego, coś dotkliwie refleksyjnego. Dzięki temu "Hurt Me" wyróżnia się spośród innych piosenek na płycie i zdecydowanie zapada w pamięć.
11. "So Safe"
Mało który utwór na Triangles posiada tak trafnie dobrany tytuł jak właśnie "So Safe". Słuchając tej piosenki, trudno bowiem nie poczuć się bezpiecznym, odprężonym i obojętnym na wszystkie zewnętrze bodźce. Po raz kolejny słychać łagodne, leciutkie syntezatory, płynne perkusyjne smaczki oraz dobrze znany już cowbell. Krótko mówiąc, doskonały, leniwy chillout.
12. "Let There Be Sadness"
Niestety zamykająca album piosenka nie zapewnia przyjemnego rozstania z Triangles. "Let There Be Sadness" jest po prostu niemiłosiernie nudne i monotonne. Próżno szukać tu czegokolwiek emocjonującego, interesującego czy zaskakującego. Podobne do siebie, szare od przeciętności dźwięki zdają się ciągnąć w nieskończoność, serwując słuchaczowi pozbawioną wokalu, pseudo-ambientową kompozycję. Zieeew.
Werdykt
Bez wątpienia debiut xxanaxx nie jest najrówniejszą płytą. Nie jest albumem pozbawionym niedoróbek, wątpliwych wyborów i kilku (na szczęście tylko trzech) zwyczajnie przeciętnych piosenek. Ale niewielkie mankamenty nie mogą przesłonić przeważających mocnych stron Triangles. Pisząc "mocne strony", mam tu przede wszystkim na myśli wyjątkowy klimat tej płyty. Magiczne, rozmarzone i niezwykle odprężające melodie są tu chlebem powszednim, który, choć momentami staje się nieco czerstwy, w przeważającej części albumu utrzymuje swoją delikatną świeżość. Poza tym produkcja na tym krążku stoi na naprawdę wysokim, można by powiedzieć: światowym poziomie (tu szczególne ukłony w kierunku Michała Wasilewskiego). Dźwięk jest niezwykle czysty, wyraźny, każdemu utworowi towarzyszy niezliczona ilość instrumentów, przewijających się w tle smaczków i ciekawych, pomysłowych efektów. Jeśli więc tak ma brzmieć nasza polska odpowiedź na nieco już przebrzmiałe chillwave'owe trendy, to zdecydowanie nie mamy się czego wstydzić. Ba, powinniśmy być dumni!
2. "Shadows"
Ożywcze sytezatory, czyściutkie fortepianowe akordy, melodyjne smyczki, cowbell rodem z "Together" The xx - tak prezentuje się bogaty skład instrumentów umiejętnie przemyconych do piosenki nr 2 na Triangles. Wszystkie te dźwięki doskonale się dopełniają, tworząc fundamenty pod zaskakująco świeżą, melodyjną i chwytliwą kompozycję. Słowo "pop", które automatycznie nasuwa mi się po przesłuchaniu tego utworu, nie powinno wywoływać niczyjego wstrętu. To naprawdę pop najwyższej próby.
3. "Stay"
Mam duży problem z tą piosenką. Nie ulega wątpliwości, że jest piękna, pełna emocji i niezwykle ujmująca, ale wyraźnie czegoś w niej brakuje. Przed ostatnim wejściem refrenu następuje stopniowe wyciszenie i uspokojenie kompozycji. Jak każdy, spodziewam się zaraz punktu kulminacyjnego, jakiejś efektownej eksplozji dźwięków i emocji. Niestety nic takiego nie ma tu miejsca. Po raz kolejny słyszymy ten sam refren wzbogacony jedynie o przyciężkie bębny. A gdzie cokolwiek przestrzennego? Gdzie chórki? Gdzie jakakolwiek nowa linia melodyczna? Przecież miało być tak dobrze, a jednak pozostaje niedosyt...
4. "Garden"
To jedna z tych niewielu piosenek na płycie, która w ogóle nie przypadła mi do gustu. Już pierwsze dźwięki dość tandetnej marimby zdecydowanie nie zjednały sobie u mnie sympatii. Wejście łagodnego, czarującego wokalu trochę ten stan poprawiło, dając nadzieję na przyjemny, odprężający refren. Niestety gdy tylko on nadszedł, wszystko trafił jasny szlag. Nie wiadomo, skąd, dlaczego, po co - nagle odezwały się jakieś chóralne wrzaski, przywołujące najgorsze skojarzenia z zespołami pieśni i tańca albo szlagierami takimi jak "My Słowianie". W połączeniu z dźwiękami harfy i skrzypiec pod koniec utworu niestety brzmi to jak zupełnie kiczowata papka.
5. "Facing Eternity"
Na szczęście kolejny utwór daje zupełne oczyszczenie, prawdziwe katharsis. Sample z samego początku "Facing Eternity" są tak płynne, boskie, tak nieludzko piękne, że aż chciałoby się ich dotknąć i bez reszty się w nich zanurzyć. Delikatny, doskonale dopasowany do muzycznego tła wokal jeszcze bardziej potęguje wrażenie odrywania się od ziemi, szybowania w ulotnych chmurach marzeń, uczuć i pragnień. Krótko mówiąc: coś wspaniałego, piosenka-ideał!
6. "Wolves"
Niemniej okazale prezentuje się ostatni utwór z pierwszej połówki albumu. W przeciwieństwie do poprzednich, raczej radosnych i optymistycznych kompozycji, tym razem wchodzimy w mroczne klimaty witch-house'u. Nawet w tak tajemniczej i posępnej stylistyce słodki i łagodny wokal Klaudii Szafrańskiej sprawdza się wręcz wzorcowo, tu akurat przywołując skojarzenia z głosem Megan James, wokalistki Purity Ring. Wspominając o warstwie wokalnej "Wolves", nie sposób nie wspomnieć o udziale w tym utworze Tomasza Makowieckiego. Co prawda jego wokal nie zrobił na mnie jakiegoś spektakularnego wrażenia, jednak męski głos o zupełnie innej wrażliwości to z pewnością ciekawe urozmaicenie zawartości Triangles.
7. "Oxymorons"
To jeden z tych utworów, który doskonale udowadnia, że czasem "mniej znaczy więcej". Mimo że zamiast kaskady dźwięków i kolorów "Oxymorons" stawia na stonowany minimalizm, piosence zdecydowanie nie można odmówić wyrazistości. W czym się tu ona objawia? Przede wszystkim w płynnej, niezwykle gustownej perkusji, syntezatorowych smaczkach w tle, przyjemnie nastrajającym wokalu, jak i całym misternie budowanym chilloutowym klimacie. Dlatego jeśliś spięty, czym prędzej sięgaj po ten utwór!
8. "Kingdom of Dust"
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta piosenka zwyczajnie tu nie pasuje. Po pierwsze, jest to niezbyt gustowny electropop, który w otoczeniu przeważających na płycie chillwave'owych kompozycji ma się mniej więcej jak kwiatek do kożucha. Po drugie, tempo, w jakim ten utwór został osadzony, to istna gonitwa w porównaniu do nieśpiesznej reszty albumu. No i wreszcie po trzecie, tak jak w przypadku "Garden" jest to kolejny nietrafiony kawałek, który sili się na enigmatyczność i oryginalność. Efekt - bardzo średni, żeby nie powiedzieć: kiepski.
9. "Story"
Trudno się dziwić, że właśnie ta piosenka została singlem i doczekała się porządnie zrealizowanego teledysku. Siła "Story" tkwi bowiem nie tylko w niezwykłej melodyjności i chwytliwości, lecz również w umiejętnym balansowaniu pomiędzy popową infantylnością i prostotą a typową dla "majesticowych" kompozycji świeżością i delikatnością. Poza tym to oczywiście świetny, optymistyczny utwór, który doskonale sprawdzi się w słoneczne, wakacyjne dni.
10. "Hurt Me"
Bez wątpienia jedna z moich ulubionych piosenek na całej płycie - niesamowicie klimatyczna, urokliwa, pochłaniająca słuchacza bez reszty. Wzbudza najróżniejsze emocje: od zachwytu, przez smutek, aż po jakiś dziwny rodzaj tęsknoty. I to zasługa nie tylko doskonałej muzyki - świetnego połączenia syntezatorów, fortepianu, gdzieniegdzie nawet cowbellu. Również w tekście utworu zawarte jest coś wyjątkowego, coś dotkliwie refleksyjnego. Dzięki temu "Hurt Me" wyróżnia się spośród innych piosenek na płycie i zdecydowanie zapada w pamięć.
11. "So Safe"
Mało który utwór na Triangles posiada tak trafnie dobrany tytuł jak właśnie "So Safe". Słuchając tej piosenki, trudno bowiem nie poczuć się bezpiecznym, odprężonym i obojętnym na wszystkie zewnętrze bodźce. Po raz kolejny słychać łagodne, leciutkie syntezatory, płynne perkusyjne smaczki oraz dobrze znany już cowbell. Krótko mówiąc, doskonały, leniwy chillout.
12. "Let There Be Sadness"
Niestety zamykająca album piosenka nie zapewnia przyjemnego rozstania z Triangles. "Let There Be Sadness" jest po prostu niemiłosiernie nudne i monotonne. Próżno szukać tu czegokolwiek emocjonującego, interesującego czy zaskakującego. Podobne do siebie, szare od przeciętności dźwięki zdają się ciągnąć w nieskończoność, serwując słuchaczowi pozbawioną wokalu, pseudo-ambientową kompozycję. Zieeew.
Werdykt
Bez wątpienia debiut xxanaxx nie jest najrówniejszą płytą. Nie jest albumem pozbawionym niedoróbek, wątpliwych wyborów i kilku (na szczęście tylko trzech) zwyczajnie przeciętnych piosenek. Ale niewielkie mankamenty nie mogą przesłonić przeważających mocnych stron Triangles. Pisząc "mocne strony", mam tu przede wszystkim na myśli wyjątkowy klimat tej płyty. Magiczne, rozmarzone i niezwykle odprężające melodie są tu chlebem powszednim, który, choć momentami staje się nieco czerstwy, w przeważającej części albumu utrzymuje swoją delikatną świeżość. Poza tym produkcja na tym krążku stoi na naprawdę wysokim, można by powiedzieć: światowym poziomie (tu szczególne ukłony w kierunku Michała Wasilewskiego). Dźwięk jest niezwykle czysty, wyraźny, każdemu utworowi towarzyszy niezliczona ilość instrumentów, przewijających się w tle smaczków i ciekawych, pomysłowych efektów. Jeśli więc tak ma brzmieć nasza polska odpowiedź na nieco już przebrzmiałe chillwave'owe trendy, to zdecydowanie nie mamy się czego wstydzić. Ba, powinniśmy być dumni!
1 sierpnia 2014
RECENZJA: The Dumplings - No Bad Days
Z dużej chmury mały deszcz - tak w skrócie można opisać debiutancką płytę duetu The Dumplings. Piosenki udostępnione przez zespół w ubiegłym roku na YouTubie dawały nadzieję na jeden z najlepszych debiutów na polskiej scenie alternatywnej. Niestety, gdy przyszło do nagrywania albumu, zespół zaprzepaścił swoją dziejową szansę, już na wstępie popełniając kilka kardynalnych błędów.
Po pierwsze - "Słodko słony-cios".
To był pierwszy utwór The Dumplings, który usłyszałem i dzięki niemu błyskawicznie zakochałem się w twórczości tego duetu. Świetna - mimo że stworzona w domowych warunkach - elektroniczna aranżacja, przyjemny, nienarzucający się wokal oraz ciekawy, oddziałujący na wszystkie zmysły tekst. Niestety spośród tych wszystkich elementów na plus w wersji albumowej wyszła jedynie aranżacja - słychać, że nagrana w profesjonalnym studiu, świetnie zmiksowana, wolna od wszelkich dźwiękowych niedoróbek. Poza tym zarówno wokal, jak i tekst znacznie psują odbiór nowej wersji utworu. Zaraz, zaraz - ale przecież tekst się nie zmienił. No tak, ale sposób, w jaki wokalistka Justyna Święs zaśpiewała "Słodko-słony cios", uległ za to kolosalnej zmianie. Poprzez jej udziwnione, efekciarskie wykonanie (trochę w stylu Gaby Kulki) połowy tekstu nie da się zrozumieć, a drugą połowę trzeba rozszyfrowywać z uchem przystawionym do głośnika.
Po drugie - wokal
Nieco już wspomniałem o wątpliwej jakości wokalu pani Święs - niestety sytuacja opisana przy okazji utworu "Słodko-słony cios" ma również miejsce (może nie w tak spektakularnym stopniu) na reszcie albumu. Od razu podkreślę: nie mam żadnych zastrzeżeń do samego głosu artystki - jest on czysty, przyjemny i wyrazisty. Przeszkadza mi za to sposób, w jaki wokalistka The Dumplings korzysta z tego niewątpliwego daru od Boga. W jej stylu śpiewania za dużo jest bowiem efekciarstwa, za dużo usilnych prób pokazania artyzmu. Chyba najbardziej irytujące są z uporem opóźniane dźwięki i sylaby, przez które szlag trafia jakąkolwiek rytmiczność i przystępność wokalu. Do tego należy dodać niezwykle denerwujące skakanie po dźwiękach - w przeciągu kilku sekund melodia może powędrować z niskich dźwięków do wysokich, a następnie ponownie gwałtownie się opuścić. Tworzy to okrutny bałagan, który trudno nazwać artystycznym nieładem.
Po trzecie - dobór materiału
Mam wrażenie, że duet The Dumplings trochę poszedł na łatwiznę. Na ich debiutanckim albumie znalazło się aż 5 odgrzewanych kotletów, czyli piosenek nagranych i udostępnionych w Sieci już rok temu. Oczywiście trochę zmieniono i "podrasowano" ich aranżacje, ale to przecież ciągle te same utwory. A albumy kupuje się przede wszystkim dla autentycznych "świeżynek", czyż nie? Poza tym nie mogę zrozumieć, dlaczego spośród starych piosenek nie zaadaptowano na płytę świetnego, melodyjnego "Wide Smiles", a zamiast tego zrobiono użytek z nudnego i bardzo przeciętnego "Freeze".
Zresztą takich piosenek jak "Freeze" jest na debiutanckim krążku The Dumplings znacznie więcej. Niby album nazywa się No Bad Days i oddziałuje na odbiorcę kolorową, świeżą i optymistyczną okładką, a jednak większość materiału utrzymana jest w zdecydowanie mrocznych i posępnych klimatach. W efekcie płyta (szczególnie jej druga połowa) sprawia wrażenie mało żywiołowej, nużącej i - dla kogoś, kto od bardzo młodego, debiutującego zespołu oczekiwał trochę więcej wigoru i radości - zwyczajnie rozczarowującej.
Po czwarte - teksty
Treść tekstów to chyba moje najmniejsze zastrzeżenie do No Bad Days. Wychodzę z założenia, że najważniejsze w muzyce są emocje i melodie, a słowa... cóż, choć często są wyjątkowo idiotyczne, nie mają dla mnie tak dużego znaczenia. Bo przecież gdyby było inaczej, raczej nigdy nie przekonałbym się do takich utworów jak "Betonowy Las" czy "Mewy", z absurdalnymi frazami: W świetle sygnalizacji się gubimy/Mijamy cienie, kłaniając się w pas/A teraz na czerwonym (świetle - przyp. red.) stoimy oraz Podnoszę głowę, chcę prowokować dziś/Nad głową kruki, wnętrze rozdarte zostało na ławce. Nie bądźmy więc hipokrytami - zachwycamy się Rojkiem, nie zważając na jego grafomanię, przymknijmy też oko na liryczne "popisy" debiutantów z The Dumplings.
A co na plus?
Nie chcę, żeby ta recenzja wyglądała jak moja lista żali do zespołu, dlatego choć jedną jej część poświęcę zdecydowanym pozytywom debiutanckiej płyty "Pierożków". Po pierwsze, uwielbiam oba single promujące album. "Mewy" i "Technicolor Yawn" to próbka tego, jak - moim zdaniem - powinna brzmieć reszta materiału. Są to bowiem piosenki niezwykle przyjemne, ciepłe, wakacyjne i od razu wpadające w ucho. Po drugie, na słowa uznania zdecydowanie zasługuje cała pierwsze połowa albumu. Trudno tu znaleźć jakąkolwiek kiepską, mało wyrazistą kompozycję. Do utworu nr 7 włącznie płyty słucha się bardzo gładko i gdyby na tym skończyć jej ocenianie, ostateczna nota byłaby bardzo wysoka. Po trzecie, No Bad Days to naprawdę dobra produkcja i świetne elektroniczne aranżacje, do których - z technicznego punku widzenia - trudno się w jakikolwiek sposób przyczepić.
Werdykt
Fenomen internetowy, który przerodził się w największą sensację muzyczną 2014 roku w Polsce - taki tekst możemy przeczytać w opisie profilu The Dumplings na Facebooku. Biorąc pod uwagę świetny debiut xxanaxx (o którym już niebawem napiszę parę ciepłych słów) oraz - jakby na to nie patrzeć - sensacyjny solowy album Artura Rojka, auto-reklama duetu Jakuba Karasia i Justyny Święs jest trochę nietrafiona. Oczekiwania co do No Bad Days z pewnością były spore, nadzieje - jeszcze większe, ale zawartość muzyczna to wszystko brutalnie zweryfikowała i szału niestety nie ma. Jest nieźle, naprawdę na poziomie i wierzę, że w przyszłości duet dojrzeje, udoskonali swoją twórczość i jeszcze niejeden raz pozytywnie zaskoczy. Na razie jednak jedyne, co mogę im wystawić, to mocna "szósteczka".
10 lipca 2014
26 kwietnia 2014
KRÓTKA RECENZJA: Trust - Joyland
Co można powiedzieć o drugiej płycie Trust? Na pewno to, że są na niej tzw. momenty. Utwory "Capitol", "Icabod", "Are We Arc?" oraz "Rescue, Mister" to świetne, ciekawie zbudowane synthpopowe kompozycje, pełne emocji i zapierającego dech w piersiach, przestrzennego patosu. Od patosu do kiczu jest jednak jeden, niewielki krok. Niestety reszta kompozycji z albumu brzmi przesadnie podniośle, zwyczajnie nieprzyjemnie, a miejscami nawet groteskowo. Piosenkom takim jak "Geryon", "Joyland" czy "Peer Pressure" zdecydowanie nie pomaga specyficzny głos Roberta Alfonsa, który tylko potęguje wrażenie wszechobecnego kiczu. Tym, co jednak w głównej mierze powoduje na płycie obciach, jest sama muzyka - dobór melodii, syntezatorów, tempa i perkusyjnych rytmów. Inspiracje techno-rąbanką przywołującą najgorsze skojarzenia z obleśnymi, wiejskimi dyskotekami były dla mnie zupełnie nie do przebrnięcia. Nie będę ukrywał, że albumu jako całości słuchało się nieprawdopodobnie ciężko i uff... bardzo się cieszę, że mam to już za sobą!
P.S. Ale "Capitol" to naprawdę świetna piosenka. Bez wątpienia jeden z moich ulubionych tegorocznych singli.
2 marca 2014
ULUBIONE: Chvrches - The Mother We Share
Tej piosenki słucham codziennie od wielu miesięcy i jakoś zupełnie nie mogę się od niej oderwać. Dziesiątki odtworzeń, godziny nadstawiania uszu do tych samych melodii, słów, dźwięków, a "The Mother We Share" ciągle dostarcza mi wspaniałych emocji, nieporównywalnych z jakimkolwiek innym utworem nagranym w ciągu ostatnich lat. Co więc czyni tę piosenkę tak wyjątkową?
Już pierwsze dźwięki, jakie słyszymy - sample ślicznego, anielskiego głosu Lauren Mayberry - przygotowują nas do podróży w zupełnie inny świat; świat pełen harmonii, pięknych melodii i wspaniałych emocji. Z prawdziwym "rajem dla uszu" mamy jednak do czynienia dopiero, gdy narastające w tle dźwięki dochodzą do punktu kulminacyjnego, gdy odzywa się elektroniczna perkusja i wybija cztery mocno zaakcentowane uderzenia. Dopiero wtedy następuje wspaniała, zapierająca dech w piersiach eksplozja dźwięków, barw i emocji.
Epickie intro płynnie przechodzi w spokojniejszą, bardziej minimalistyczną zwrotkę. Bogactwo melodii ustępuje tu ożywczym dźwiękom syntezatora, które towarzyszą pierwszym frazom piosenki. Z każdego wyśpiewanego zdania, każdego słowa bije tutaj niczym niezmącona perfekcja. Wokal Lauren Mayberry - śliczny, niewinny, dziewczęcy - brzmi niezwykle ujmująco i szlachetnie. Jeszcze przed nadejściem refrenu słuchaczowi udziela się lekki, wdzięczny nastrój. Słodkie "oh oh oh" - chyba najbardziej chwytliwy fragment całej zwrotki - spokojnie rozweseliłoby nawet największego na świecie gbura.
45. sekunda to - przynajmniej dla mnie - początek nieba na Ziemi. Piękno refrenu, jego moc, melodyjność oraz siłę oddziaływania na słuchacza chyba najlepiej oddaje angielskie słowo anthemic. Harmonia przyjemnie plumkających w tle syntezatorów, rytmicznie wybijającej elektronicznej perkusji i wychodzącego na pierwszy plan głosu Lauren Mayberry jest czymś doskonałym w każdym calu. Wszystko brzmi tu nieprawdopodobnie przyjemnie, cudownie i świeżo. W prostych frazach zaczynających się od słów "And the mother we share..." zawarte jest coś niesamowicie autentycznego, ponadczasowego, wzbudzającego mnóstwo emocji.
Drugą zwrotkę utworu wzbogaca dodatkowa syntezatorowa linia melodyczna, refren zaś w drugim podejściu pozostaje niezmieniony - po co przecież zmieniać coś tak doskonałego? Następny fragment "The Mother We Share" to celowe zwolnienie kompozycji, skutkujące również zmianą jej charakteru. Robi się refleksyjnie i melancholijnie. W tle słychać motyw z intra utworu, który idealnie sprawdza się jako urozmaicenie tej części piosenki. Jeśli chodzi o warstwę liryczną, najbardziej zwracają tu uwagę frazy "And when it all fucks up, you put your head in my hands/ It's a souvenir for when you go-o-oh". Przekaz jest prosty, bezpośredni, ale niesie ze sobą potężny ładunek emocji - "kiedy wszystko się spierdoli, złóż głowę w moje dłonie - to będzie wspomnienie, kiedy odejdziesz".
Siła, z jaką po nastrojowej pauzie nadchodzi charakterystyczny, melodyjny refren, jest porażająca. Do harmonii pięknych dźwięków ze swoim wokalem dołącza syntezatorowy "mózg" Chvrches - Iain Cook. Jego przyjemny, wysoki wrzask rodem z kompozycji M83, dodając piosence jeszcze więcej mocy, energii i emocji, jest doskonałym dopełnieniem ślicznego głosu Lauren Mayberry. Ostatnie 25 sekund "The Mother We Share" to wspaniałe, przestrzenne rozwiązanie. Wybrzmiewają tu sample z początku utworu, słychać płynne dźwięki syntezatorów, na bliższy plan wysuwa się głos Iain'a, a całości towarzyszy mocno wyeksponowany bas. Ostatecznym zwieńczeniem kompozycji jest charakterystyczne, pełne lekkości "oh oh oh" - a więc dźwięki, które również otwierają piosenkę.
Całość "The Mother We Share" brzmi doskonale zarówno pod względem lirycznym, jak i - przede wszystkim - muzycznym. Utwór wprowadza słuchacza w błogi stan. Dostarcza niesamowitych emocji. Wzrusza. Daje ogromną przyjemność z każdego dźwięku, każdego zaśpiewanego słowa. Jest doskonałą, zapierającą dech w piersiach kompozycją płynnie przechodzącą z jednej syntezatorowej wyspy na drugą. Przy tych wszystkich wspaniałych cechach debiutancki singiel Chvrches jest też po prostu świetną popową piosenką - przebojową, błyskawicznie wpadającą w ucho i niewiarygodnie przystępną. Ach, uwielbiam ten utwór!
Drugą zwrotkę utworu wzbogaca dodatkowa syntezatorowa linia melodyczna, refren zaś w drugim podejściu pozostaje niezmieniony - po co przecież zmieniać coś tak doskonałego? Następny fragment "The Mother We Share" to celowe zwolnienie kompozycji, skutkujące również zmianą jej charakteru. Robi się refleksyjnie i melancholijnie. W tle słychać motyw z intra utworu, który idealnie sprawdza się jako urozmaicenie tej części piosenki. Jeśli chodzi o warstwę liryczną, najbardziej zwracają tu uwagę frazy "And when it all fucks up, you put your head in my hands/ It's a souvenir for when you go-o-oh". Przekaz jest prosty, bezpośredni, ale niesie ze sobą potężny ładunek emocji - "kiedy wszystko się spierdoli, złóż głowę w moje dłonie - to będzie wspomnienie, kiedy odejdziesz".
Siła, z jaką po nastrojowej pauzie nadchodzi charakterystyczny, melodyjny refren, jest porażająca. Do harmonii pięknych dźwięków ze swoim wokalem dołącza syntezatorowy "mózg" Chvrches - Iain Cook. Jego przyjemny, wysoki wrzask rodem z kompozycji M83, dodając piosence jeszcze więcej mocy, energii i emocji, jest doskonałym dopełnieniem ślicznego głosu Lauren Mayberry. Ostatnie 25 sekund "The Mother We Share" to wspaniałe, przestrzenne rozwiązanie. Wybrzmiewają tu sample z początku utworu, słychać płynne dźwięki syntezatorów, na bliższy plan wysuwa się głos Iain'a, a całości towarzyszy mocno wyeksponowany bas. Ostatecznym zwieńczeniem kompozycji jest charakterystyczne, pełne lekkości "oh oh oh" - a więc dźwięki, które również otwierają piosenkę.
Całość "The Mother We Share" brzmi doskonale zarówno pod względem lirycznym, jak i - przede wszystkim - muzycznym. Utwór wprowadza słuchacza w błogi stan. Dostarcza niesamowitych emocji. Wzrusza. Daje ogromną przyjemność z każdego dźwięku, każdego zaśpiewanego słowa. Jest doskonałą, zapierającą dech w piersiach kompozycją płynnie przechodzącą z jednej syntezatorowej wyspy na drugą. Przy tych wszystkich wspaniałych cechach debiutancki singiel Chvrches jest też po prostu świetną popową piosenką - przebojową, błyskawicznie wpadającą w ucho i niewiarygodnie przystępną. Ach, uwielbiam ten utwór!
15 lutego 2014
7 lutego 2014
Polska elektroniką stoi, czyli 5 najciekawszych artystów rodzimej sceny elektronicznej
Bokka

Rebeka
Warszawskie trio konsekwentnie nie zdradza swojej tożsamości, kryjąc się podczas koncertów za wielkim ekranem odsłaniającym publiczności jedynie cienie sylwetek członków grupy. Nie wiadomo, kim są, jak wyglądają, wiadomo za to, że robią świetną muzykę, którą trudno zaszufladkować w jednym gatunku. Na ich debiutanckim albumie wybrzmiewa synth pop, shoegaze, trochę dream popu. Całość brzmi magicznie, intrygująco i niebanalnie, przywołując dokonania tak różnych artystów jak: Lykke Li, The Knife czy Ladytron. Warto odnotować, że Bokka to jedyny polski zespół, którego singiel odnotowany został przez szanowany amerykański portal Pichfork.

Justyna Święs i Jakub Karaś mają odpowiednio 16 i 18 lat. Ona pisze teksty i śpiewa, on odpowiada za warstwę muzyczną. Kiedy pierwszy raz usłyszałem ich "Słodko-słony cios", nie mogłem uwierzyć, że tak świetny, dojrzały elektroniczny pop mogą tworzyć tak młodzi ludzie. Autentycznie opadła mi szczęka, a po przesłuchaniu ich anglojęzycznego materiału - pięknego "Fear on my chest", ożywczego "Wide Smiles" i magicznego "How Many Knives" - byłem w jeszcze większym szoku. Jeśli debiutancka płyta The Dumplings okaże się tak dobra, jak udostępnione w internecie piosenki, o nastoletnim duecie może być głośno nie tylko w Polsce, ale też zagranicą, czego z całego serca im życzę.
XXANAXX

The Dumplings
Justyna Święs i Jakub Karaś mają odpowiednio 16 i 18 lat. Ona pisze teksty i śpiewa, on odpowiada za warstwę muzyczną. Kiedy pierwszy raz usłyszałem ich "Słodko-słony cios", nie mogłem uwierzyć, że tak świetny, dojrzały elektroniczny pop mogą tworzyć tak młodzi ludzie. Autentycznie opadła mi szczęka, a po przesłuchaniu ich anglojęzycznego materiału - pięknego "Fear on my chest", ożywczego "Wide Smiles" i magicznego "How Many Knives" - byłem w jeszcze większym szoku. Jeśli debiutancka płyta The Dumplings okaże się tak dobra, jak udostępnione w internecie piosenki, o nastoletnim duecie może być głośno nie tylko w Polsce, ale też zagranicą, czego z całego serca im życzę.
XXANAXX
Kolejny damsko-męski duet łączy w swojej muzyce chillwave i witch house, czego efektem są lekkie, piękne i organiczne kompozycje. Wzbogacone o majestatyczny głos Klaudii Szafrańskiej (znanej wcześniej z występów w programie X-Factor) zupełnie nie brzmią, jakby wyszły spod ręki polskiego artysty. Duet wystąpił na ubiegłorocznym Open'erze, w 2013 r. wydał również swoją pierwszą EP-kę. Praca nad debiutanckim albumem trwa podobno w najlepsze i jej efekty powinniśmy poznać już w tym roku.
Kamp!

Kamp!
Trio z Łodzi doskonale wie, jak robić świeżą, taneczną elektronikę czerpiącą garściami ze stylistyki lat 80. Ich debiutancki album to, jeśli chodzi o polską scenę alternatywną, jedna z najlepszych płyt ostatnich lat. Chwytliwe, od razu wpadające do ucha piosenki przeplatane są tu ze spokojnymi, odprężającymi kompozycjami, dzięki którym choć na chwilę możemy poczuć się beztrosko i zapomnieć o wszystkich problemach. Szczególną relaksacyjną moc mają utwory "Oaxaca", "Lux Lisbon" i "International Landscape". Na imprezie z kolei najlepiej sprawdzą się taneczne "Cairo" i "Distance of the Modern Hearts".
Grupa Kamp! może pochwalić się zdecydowanie największym dorobkiem spośród wszystkich artystów omawianych w tym zestawieniu. Panowie grali na największych festiwalach w Polsce - Open'erze, Coke'u, Selectorze, Audioriver i Festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Odwiedzili także kilka znanych zagranicznych imprez, m.in.: SXSW (USA), The Great Escape (UK) i Exit Festival (Serbia). Chodzą słuchy, że w tym roku trio ma wydać nowy album. Z nowym materiałem można zapoznać się podczas trwającej właśnie trasy koncertowej zespołu.
Grupa Kamp! może pochwalić się zdecydowanie największym dorobkiem spośród wszystkich artystów omawianych w tym zestawieniu. Panowie grali na największych festiwalach w Polsce - Open'erze, Coke'u, Selectorze, Audioriver i Festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Odwiedzili także kilka znanych zagranicznych imprez, m.in.: SXSW (USA), The Great Escape (UK) i Exit Festival (Serbia). Chodzą słuchy, że w tym roku trio ma wydać nowy album. Z nowym materiałem można zapoznać się podczas trwającej właśnie trasy koncertowej zespołu.
Rebeka
Damsko-męski duet z Poznania tworzą Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny. Ich muzyka to głównie emocjonalne, minimalistyczne kompozycje oparte na połączeniu dźwięków keyborda z możliwościami komputera. Zespół ma na koncie dwa single i dwie EP-ki. Największą popularność przyniósł im debiutancki album Hellada, uznany przez dziennikarzy Gazety Wyborczej za najlepszą polską płytę roku 2013. Duet wystąpił na kilku festiwalach w Polsce (Open'er, Selector, Free Form Festival), mają też na koncie występy w Niemczech, Wielkiej Brytanii, a nawet Portugalii.
Etykiety:
bokka,
elektronika,
kamp,
moje przemyślenia,
muzyka elektroniczna,
news,
newsy,
polska,
polska muzyka,
polskie zespoły,
rebeka,
the dumplings,
xxanaxx
Subskrybuj:
Posty (Atom)



