Jaki jest najlepszy moment na zrobienie rocznego podsumowania? Końcówka grudnia? Styczeń? Początek lutego? Phi, amatorzy... Na moim blogu bije się rekordy i zabawy w podsumowanie urządza się - a co! - z trzymiesięcznym poślizgiem. Wiem, wiem, kazałem Wam czekać na to zestawienie o wieeele za długo... Dlatego teraz posypuję głowę popiołem, obiecuję poprawę i bez zbędnego lania wody prezentuję 50 moich ulubionych singli ubiegłego roku. A że podsumowuję rok 2017, to na każdą piosenkową notkę wyznaczyłem sobie limit dokładnie 17 słów (cobym miał ździebko łatwiej, postanowiłem, że zawartość nawiasów nie będzie temu limitowi podlegać). Gotowi? No to zaczynamy!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywa. Pokaż wszystkie posty
31 marca 2018
13 lutego 2017
50 najlepszych singli 2016 roku
Kurde, późno się zrobiło... Luty trwa już w najlepsze, a u mnie na blożku ciągle ani widu, ani słychu o jakimkolwiek podsumowaniu roku ubiegłego - pomyślałem, wychodząc z ostatniego egzaminu upiornej sesji zimowej na uniwerku. Hehe, mam plan! Zamiast o 100 singlach napiszę o 50. Zamiast natchnionych i często pretensjonalnych dłuuugaśnych opisów utworów, które na dodatek mało kto czyta, tym razem każdej piosence poświęcę maksymalnie 16 słów - chodzi przecież o rok 20"16", więc da się to wszystko jakoś ładnie powiązać hehe. Nie dość, że wyjdzie fajniej niż zwykle, to jeszcze się nie napracuję (sic!). No i jak pomyślałem, tak zrobiłem. Poniżej 50 moich absolutnie ukochanych singli A.D. 2016. Jednak zanim zanurzycie się w świat licznych k0Z4k tracków, polecam garść odjechanych statystyk-ciekawostek, coby Wam narobić smaka na resztę zestawienia.
3 kwietnia 2016
17 lutego 2016
1 stycznia 2016
100 najlepszych singli 2015 roku [100-51]
Niestety w 2015 roku nie rozpieszczałem czytelników tego bloga zbyt dużą liczbą wpisów. Czasu starczyło mi jedynie na kontrowersyjny tekst o Trójce i niezbyt przychylną recenzję singla CHVRCHES. Wbrew pozorom jednak przez cały ten czas, gdy kakofoniczny nie dawał znaków życia w Internecie, facet ukrywający się pod tym pseudonimem bacznie przyglądał się wydarzeniom ze świata muzyki. Przesłuchałem tysiące piosenek, setki płyt, przemierzyłem Internet wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu nieznanych dotąd dźwięków. W końcu pod koniec roku zebrałem wszystko w jedną całość, dokonałem bezwzględnej selekcji materiału i sporządziłem 2 listy, które można uznać za swego rodzaju zwieńczenie mojej recenzenckiej działalności A.D. 2015. Na najlepsze płyty przyjdzie jeszcze czas, a tymczasem na pierwszy ogień pójdzie notowanie 100 najlepszych singli 2015 roku, począwszy od miejsc 100-51. No to zaczynamy!
16 lutego 2015
50 najlepszych płyt 2014 roku

Dawno temu zaczął się rok 2015, a ja ciągle siedzę w muzyce roku ubiegłego. Stwierdziłem, że trzeba coś z tym zrobić i jak najszybciej zamknąć za sobą ten nieco już zakurzony rozdział w mojej quasi-recenzenckiej karierze. Dlatego też w najprostszej możliwej formie, bez zbędnych epitetów i bez głębokich, patetycznych rozmyślań, prezentuję Wam listę 50 (moim zdaniem) najlepszych płyt 2014 roku.
11 lutego 2015
31 grudnia 2014
24 grudnia 2014
100 najlepszych singli 2014 roku [100-51]

8 września 2014
KRÓTKA RECENZJA: A Sunny Day in Glasgow - Sea When Absent

W jednym z wywiadów Prince powiedział: You can't understand the words of the Cocteau Twins songs, but their harmonies put you in a dreamlike state. Dokładnie tak samo jest z muzyką A Sunny Day in Glasgow.
2 sierpnia 2014
KRÓTKA RECENZJA: tUnE-yArDs - Nikki Nack

Mimo że Nikki Nack to zdecydowanie najprzystępniejsza w odbiorze płyta tUnE-yArDs, muzyka zespołu niewiele utraciła ze swojej eksperymentalnej oryginalności. Stąd też nikogo nie powinno dziwić połączenie: afrykańskich rytmów, pełnego energii kobiecego wokalu, mocno wyeksponowanego basu oraz najróżniejszych elektronicznych odgłosów. W tym miejscu pojawia się jednak zasadnicze pytanie - czy album oparty na czterech tak osobliwych i różnych od siebie fundamentach może tworzyć spójną całość? Po pierwszym przesłuchaniu Nikki Nack zapewne każdy złapie się za głowę i westchnie: "Chryste, co za bałagan...". Po drugim - cóż, raczej będzie podobnie. Ale za trzecim razem (przynajmniej tak było w moim przypadku) dochodzi się do wniosku, że jakimś cudem to wszystko trzyma się kupy. Większość kompozycji utrzymana jest bowiem w podobnym, absurdalnym stylu łączącym melodyjną beztroskę piaskownicy z rytmiczną powagą plemiennego obrzędu. Czasami bywa spokojniej, innym razem - gwałtowniej, szybciej, intensywniej - ciągle jednak mamy do czynienia z muzyką, której przyświeca jeden jasny cel: dostarczenie słuchaczowi jak największej ilości pozytywnej energii. Dlatego właśnie nie zważając na gusta i zdumienie płynące już z pierwszych dźwięków Nikki Nack, każdy powinien sięgnąć po ten świetny i jedyny w swoim rodzaju album.
28 lipca 2014
RECENZJA: Lykke Li - I Never Learn

Długo zastanawiałem się, co napisać o tej płycie. Czy pochwalić ją za niesamowitą spójność, świetne, przejmujące teksty, doskonałe multiinstrumentalne aranżacje, a może dojrzały, pełen ekspresji wokal Lykke Li? Stwierdziłem jednak, że najuczciwiej będzie, gdy skupię się na czymś, co powinno być najbliższe każdemu, kto choć raz zetknął się z I Never Learn. Będzie więc o emocjach towarzyszących słuchaniu tej płyty.
Otóż jest smutno. Cholernie smutno. Melancholia, ból, żal i poczucie straty wyzierają tu z niemal każdego fragmentu dowolnej piosenki. Nawet melodyjne, przestrzenne, niepozbawione popowej chwytliwości refreny utrzymują słuchacza w nastroju jakiejś dziwnej pustki - świadomości, że to, co dobre i radosne, odeszło bezpowrotnie. Na szczęście jednak cały ten smutek nie okazuje się zupełnie przytłaczający. Z czasem można się do niego przyzwyczaić, spróbować świadomie go przyjąć, a nawet - tak, jak w zamykającym album utworze "Sleeping Alone" - zastanowić się, jak można by z nim żyć. Oprócz wielu odcieni smutku nowa płyta Lykke Li pozwala również zanurzyć się w innych, znacznie przyjemniejszych emocjach. Kompozycje takie jak "No Rest for the Wicked", "Silver Line", "Gunshot" czy "Never Gonna Love Again" za każdym razem wywołują we mnie dziwną mieszankę zachwytu, natchnienia i wzruszenia. Tylko tekst tych piosenek - przejmujący, przygnębiający i pełen żalu - nie pozwala do końca zapomnieć, o czym tak naprawdę są te utwory i, w jak smutnych emocjach zostały osadzone przez autorkę.
Muszę przyznać, że rzadko zdarza się, by balladowy album mnie nie nudził, fascynował od A do Z, co i rusz dostarczał nowych, głębszych przeżyć. Ale taką właśnie płytą jest I Never Learn - płytą nie tylko emocjonalną, ale też emocjonującą, wyjątkową, spójną, przemyślaną i niezwykle dojrzałą. Z całej dyskografii Lykke Li to właśnie ten niepozorny, bo zaledwie trzydziestotrzyminutowy album zrobił na mnie największe wrażenie.
kakofoniczny
poleca
poleca
10 lipca 2014
7 lipca 2014
RECENZJA: Lily Allen - Sheezus

Lily Allen zaczęła doskonale. Jej pierwsza płyta - It's Alright, Still - pokryła się poczwórną platyną w Wielkiej Brytanii, a w całej Europie zanotowała ponad 1 000 000 sprzedanych kopii. Na sukces komercyjny artystka zapracowała ciekawym połączeniem popu, ska i reggae, przyjemnym, melodyjnym wokalem, uroczym brytyjskim akcentem oraz - przede wszystkim - błyskotliwymi, inteligentnymi i niezwykle uszczypliwymi tekstami. Druga płyta Lily Allen nie robiła już tak dużego wrażenia. Więcej popu, mniej międzygatunkowych eksperymentów, kilka kiepskich, niezbyt wyrazistych kompozycji znalazło odzwierciedlenie w mniej przychylnych recenzjach krytyków. Ciągle jednak Lily Allen pozostawała artystką przez duże "A" - ciekawą hybrydą popowej formy i alternatywnej wrażliwości. Niestety jej trzeci krążek - Sheezus - to jakościowy zjazd z płyty kolejno bardzo dobrej i dobrej - do poziomu albumu nieciekawego, odrzucającego i bardzo, bardzo słabego.
Pierwsze cztery piosenki to istny koszmar. Takiego natężenia gówna mógłbym się spodziewać jedynie po takich "artystkach" jak Lady GaGa czy Britney Spears. Album otwiera piosenka, w której Lily Allen usiłuje wyśmiać twórczość współczesnych gwiazd popu. Problem tkwi jednak w tym, że zamiast parodii, ironii czy czegokolwiek, co można by uznać za błyskotliwą groteskę mamy do czynienia ze szmirą godną rzeczonych wokalistek. Bo przepraszam bardzo, ale jakim innym słowem niż szmira można podsumować tak "zacną" twórczość jak ta: We're all watching Gaga, L-O-L-O, ah-ha/(...)Give me that crown, bitch/I wanna be Sheezus albo But then again, I'm just about to get my period/Periods, we all get periods/Every month, yo, that's what the theory is/It's human nature, another cycle? Ach, śpiewanie o miesiączce, używanie przekleństw i czułe naparzanie "lol" i "ha ha". To się nazywa dojrzałość! Debilna nastolatko, czy to twoja twórczość? Nie, tak właśnie wyśpiewuje matka dwójki dzieci, wydawać by się mogło dojrzała artystka - Lily Allen.
Kolejne trzy piosenki reprezentują niestety bardzo podobny, rynsztokowy poziom. "L8 CMMR" to wyjątkowe pomieszanie z poplątaniem. Stylistyka "Pon De Floor" połączona z obleśnym autotunem i dominującą w refrenie popową beztroską daje efekt muzycznych wymiocin. Jakby komuś było mało niestrawnych wrażeń, numer 3. na płycie, a więc "Air Balloon", to z kolei piosenka pod każdym względem przesłodzona. Za atmosferę dziecinnej beztroski odpowiada tu nie tylko kiczowaty wokal Lily Allen, lecz również wyjątkowo infantylny tekst. Artystka zachęca do podniebnych spotkań na latającym balonie, gdzie, będąc tak wysoko, nie trzeba być na haju. W refrenie uszy słuchacza "cieszą" tak złożone frazy jak: /Na na na na na na... Mmmm. Gówniany kwartet otwierających album piosenek zamyka "Our Time" - utwór o imprezowych tańcach, krzykach i - po raz kolejny - byciu na haju.
Na szczęście kilka kolejnych utworów to powrót choć pierwiastka starej, dobrej Lily Allen. "Insincerely Yours" pozytywnie zaskakuje nie tylko niezwykle klimatyczną, przyjemnie funkującą aranżacją, lecz również ciekawym tekstem. Artystka w typowy dla siebie uszczypliwy sposób krytykuje współczesny showbiznes i dominujące w nim trendy. Równie dobrze prezentuje się utwór "Take My Place", który z urokliwej ballady przechodzi w niezwykle chwytliwą popową piosenkę. Refren opiera się co prawda na identycznym schemacie jak "The Fear" z It's Not Me, It's You, ale nie ma co obrażać się za te rażące zapożyczenia. Ważne, że ich efektem jest przyjemny, skoczny i bardzo melodyjny kawałek, który z powodzeniem mógłby podbić brytyjskie listy przebojów.
Kolejnym dobrym utworem na Sheezus jest "As Long As I Got You" - przyjemna hybryda country i popu. Takie międzygatunkowe spotkania miały już oczywiście miejsce na poprzednim albumie Lily Allen (mam tu na myśli singiel "Not Fair"), ale trzeba przyznać, że po raz wtóry wyraźne podobieństwa wychodzą artystce na plus. "As Long As I Got You" daje słuchaczowi duży zastrzyk pozytywnej energii, pełnej swojskości i beztroskiej lekkości. W zupełnie inne klimaty zagląda za to utwór "Close Your Eyes". Chillout, płynność, elegancja - tak w skrócie można opisać tę doskonałą, niezwykle klimatyczną kompozycję. Gdyby Lily Allen z jakiegoś powodu nazywała się Bondax, Cyril Hahn albo Tourist, ta piosenka z pewnością biłaby rekordy popularności na youtube'owym Majestic Casual albo TheSoundYouNeed.
Niestety, jeśli chodzi o pozytywne słowa na temat Sheezus, to chyba byłoby na tyle. Dalej jest już tylko, tylko gorzej... O ile utwór "URL Badman" brzmiałby całkiem znośnie, gdyby nie fatalna dubstepowa stylizacja w refrenie, o tyle "Silver Spoon" i "Life for Me" to piosenki nie do uratowania. Pierwsza z nich to pop najgorszej próby, przywołujący skojarzenia z najbardziej gównianymi filmami muzycznymi ("Step Up" i te klimaty). Z kolei "Life for Me" instrumentalnie brzmi jak piosenka Vampire Weekend - i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że po tanecznych klimatach łagodna gitarowa sielanka pasuje mniej więcej tak jak wół do karety.
Na koniec swojego wątpliwej jakości dzieła Lily Allen zostawiła prawdziwą perełkę - singiel "Hard Out Here". Słowo bitch pojawia się tutaj jakieś 65 razy! Wylewność godna gangsta rapera, prawda? Niestety pod względem muzycznym wcale nie jest lepiej. Oryginalne, przyjemnie nastrajające intro szybko zostaje zaprzepaszczone przez wieśniacki autotune, który towarzyszy końcówce zwrotki, a potem jeszcze ciągnię się przez cały refren. Jeśli ktoś ma ochotę jeszcze bardziej obrzydzić sobie doznania związane z tym utworem, polecam teledysk poniżej. Coś potwornego!
Cóż, nie da się ukryc, że Sheezus to zupełne dno. Oczywiście nawet na dnie pojawia się czasem życie (niezłe "Take My Place" czy "Close Yours Eyes") - nie zmienia to jednak faktu, że jako całość nowa płyta Lily Allen prezentuje się wyjątkowo nieprzystępnie. Ilość "gryzących się" inspiracji zdecydowanie przekroczyła tu normę. Funk, dubstep, electropop, country, indie rock oraz deep house obok siebie - to nie mogło się udać. W efekcie wyszła ogromna niespójna kupa, w której natężenie gówna przekracza moje (żeby nie powiedzieć: ludzkie) wyobrażenie. Stąd właśnie najniższa ocena, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się wystawić.
P.S. Trzymajcie się od tej płyty JAK NAJDALEJ!
8 maja 2014
5 maja 2014
RECENZJA: Mac DeMarco - Salad Days

Dwa lata po świetnym debiucie Mac DeMarco powraca z nowym albumem. Krytycy są zachwyceni. Fani również. A ja? Na początek napiszę tylko tyle: Salad Days to krążek, który chyba najdobitniej zadaje kłam syndromowi drugiej płyty.
Charakterystyczne brzmienie
Mac DeMarco jest jednym z tych artystów, których twórczość możemy rozpoznać już po pierwszych dźwiękach dowolnej piosenki. Charakterystyczne, lekko roztrojone brzmienie gitary oraz przyjemny, łagodny bas jeszcze wspanialej dają o sobie znać na drugim albumie artysty. Fani delikatnej, nieśmiało psychodelizującej stylistyki z pewnością nie będą zawiedzeni.
Single
Wybór singli promujących album nikogo nie powinien dziwić. "Brother" oraz "Passing Out Pieces" to utwory, które od razu zapadają w pamięć, zjednują sobie sympatię słuchacza i wywołują wyjątkowe emocje. "Brother" to przede wszystkim urokliwe melodie w refrenie i niesamowita eksplozja dźwięków pod koniec utworu. Charakterystycznej roztrojonej gitarze towarzyszy tu ekspresyjny pisk artysty oraz psychodeliczny bas rodem z twórczości Tame Impali. Dzięki temu całość brzmi odprężająco, świeżo i oryginalnie.
Na jeszcze większe słowa pochwały zasługuje singiel "Passing Out Pieces" - moim zdaniem najlepsza kompozycja na płycie. Pięknie plumkające w tle syntezatory w połączeniu z subtelnym basem i przewijającą się w refrenie przytulną gitarą tworzą harmonię, w której drzemie jakiś ogromny ładunek emocji, przeżyć i prawd. Wspaniałą warstwę instrumentalną dopełnia łagodny, nienarzucający się wokal Maca DeMarco, przywołujący najlepsze skojarzenia z głosem Damona Albarna z Blur.
Syntezatorowe innowacje
Od czasu wydania debiutanckiego krążka zdominowanego przez brzmienie gitar Mac DeMarco zdążył przekonać się do syntezatorów. Ich subtelne, wysmakowane dźwięki słychać nie tylko w "Passing Out Pieces", lecz również w utworach "Chambers of Reflection" oraz "Jonny's Odyssey". "Chambers of Reflection" to odważny i - trzeba przyznać - bardzo udany krok w stronę psychodelii. Syntezatorowe tło oraz przystępny bas w połączeniu z wysokim, rozmarzonym głosem artysty pozwalają piosence "oderwać się od ziemi" i wejść w zupełnie inne, nieodkryte muzyczne rewiry.
"Jonny's Odyssey" to z kolei powrót do stylistyki, jaką oferuje reszta albumu. Jest tu charakterystyczna, zadziorna gitara. W tle słychać łagodny bas. Pojawiają się też długie dźwięki syntezatorów. Utwór może i nie robi tak piorunującego wrażenia jak poprzednio omawiane kompozycje, trzeba jednak przyznać, że jako spokojne i odprężające zamknięcie albumu sprawdza się zupełnie bez zarzutu.
Salad days, czyli młodzieńcze lata
Mac DeMarco jest jednym z tych artystów, których twórczość możemy rozpoznać już po pierwszych dźwiękach dowolnej piosenki. Charakterystyczne, lekko roztrojone brzmienie gitary oraz przyjemny, łagodny bas jeszcze wspanialej dają o sobie znać na drugim albumie artysty. Fani delikatnej, nieśmiało psychodelizującej stylistyki z pewnością nie będą zawiedzeni.
Single
Wybór singli promujących album nikogo nie powinien dziwić. "Brother" oraz "Passing Out Pieces" to utwory, które od razu zapadają w pamięć, zjednują sobie sympatię słuchacza i wywołują wyjątkowe emocje. "Brother" to przede wszystkim urokliwe melodie w refrenie i niesamowita eksplozja dźwięków pod koniec utworu. Charakterystycznej roztrojonej gitarze towarzyszy tu ekspresyjny pisk artysty oraz psychodeliczny bas rodem z twórczości Tame Impali. Dzięki temu całość brzmi odprężająco, świeżo i oryginalnie.
Na jeszcze większe słowa pochwały zasługuje singiel "Passing Out Pieces" - moim zdaniem najlepsza kompozycja na płycie. Pięknie plumkające w tle syntezatory w połączeniu z subtelnym basem i przewijającą się w refrenie przytulną gitarą tworzą harmonię, w której drzemie jakiś ogromny ładunek emocji, przeżyć i prawd. Wspaniałą warstwę instrumentalną dopełnia łagodny, nienarzucający się wokal Maca DeMarco, przywołujący najlepsze skojarzenia z głosem Damona Albarna z Blur.
Syntezatorowe innowacje
Od czasu wydania debiutanckiego krążka zdominowanego przez brzmienie gitar Mac DeMarco zdążył przekonać się do syntezatorów. Ich subtelne, wysmakowane dźwięki słychać nie tylko w "Passing Out Pieces", lecz również w utworach "Chambers of Reflection" oraz "Jonny's Odyssey". "Chambers of Reflection" to odważny i - trzeba przyznać - bardzo udany krok w stronę psychodelii. Syntezatorowe tło oraz przystępny bas w połączeniu z wysokim, rozmarzonym głosem artysty pozwalają piosence "oderwać się od ziemi" i wejść w zupełnie inne, nieodkryte muzyczne rewiry.
"Jonny's Odyssey" to z kolei powrót do stylistyki, jaką oferuje reszta albumu. Jest tu charakterystyczna, zadziorna gitara. W tle słychać łagodny bas. Pojawiają się też długie dźwięki syntezatorów. Utwór może i nie robi tak piorunującego wrażenia jak poprzednio omawiane kompozycje, trzeba jednak przyznać, że jako spokojne i odprężające zamknięcie albumu sprawdza się zupełnie bez zarzutu.
Salad days to angielski idiom, któremu oprócz "młodzieńczych lat" towarzyszy wiele innych znaczeń, m.in: niedoświadczenie, entuzjazm, idealizm czy niewinność. Wszystkie te skojarzenia z młodością składają się na koncept albumu i doskonale wybrzmiewają zarówno w tekstach, jak i muzyce Maca DeMarco. Na płycie dominuje więc nastrój beztroskiej radości i odprężenia. Pewnie dlatego Salad Days za każdym razem słucha się tak przyjemnie.
Przytulność
Dawno nie słyszałem tak rozkosznej i przytulnej płyta jak ta, którą mam przyjemność recenznować. Z każdej kompozycji wybrzmiewa tu niesamowite ciepło, które nie opuszcza słuchacza ani na moment. Wyjątkowa twórczość Maca DeMarco pozwala w nawet najbardziej deszczowy dzień przenieść się myślami do skąpanej w słońcu laguny, gdzie czas płynie wolno, a troski odpływają wraz z powiewem orzeźwiającej morskiej bryzy. Przynajmniej ja zawsze tak to sobie wyobrażam :)
Spójność i równość
Jeśli na 11 piosenek składających się na całość albumu przypada aż 10 świetnych kompozycji utrzymanych w podobnym nastroju i stylu, płyta zdecydowanie zasługuje na miano spójnej i równej. W przypadku Salad Days zastrzeżenia mam jedynie do utworu "Let My Baby Stay", który niemiłosiernie się dłuży, jest nużący i odnoszę wrażenie, że po prostu za mało w nim Maca w Macu. Poza tym album tworzy spójną całość, która jest jak niemiecka autostrada - próżno szukać w niej jakichkolwiek dziur czy kolein.
Werdykt
Już debiutancki albumu Maca DeMarco był ucztą dla uszu, czymś nowym, świeżym i unikalnym. Salad Days to jednak dzieło o klasę lepsze, dojrzalsze, bardziej urozmaicone, pod każdym względem pełniejsze. Nie potrafię orzec, czy album ten bardziej podoba mi się jako piękna i niezwykle spójna całość, czy jako kilka oderwanych od siebie świetnych i niezwykle urokliwych kompozycji ("Brother", "Passing Out Pieces", "Goodbye Weekend", "Chamber of Reflection" czy "Go Easy") - co do jednego jestem jednak pewien: Salad Days to bardzo dobra płyta. Pardon, rewelacyjna!
Przytulność
Dawno nie słyszałem tak rozkosznej i przytulnej płyta jak ta, którą mam przyjemność recenznować. Z każdej kompozycji wybrzmiewa tu niesamowite ciepło, które nie opuszcza słuchacza ani na moment. Wyjątkowa twórczość Maca DeMarco pozwala w nawet najbardziej deszczowy dzień przenieść się myślami do skąpanej w słońcu laguny, gdzie czas płynie wolno, a troski odpływają wraz z powiewem orzeźwiającej morskiej bryzy. Przynajmniej ja zawsze tak to sobie wyobrażam :)
Spójność i równość
Jeśli na 11 piosenek składających się na całość albumu przypada aż 10 świetnych kompozycji utrzymanych w podobnym nastroju i stylu, płyta zdecydowanie zasługuje na miano spójnej i równej. W przypadku Salad Days zastrzeżenia mam jedynie do utworu "Let My Baby Stay", który niemiłosiernie się dłuży, jest nużący i odnoszę wrażenie, że po prostu za mało w nim Maca w Macu. Poza tym album tworzy spójną całość, która jest jak niemiecka autostrada - próżno szukać w niej jakichkolwiek dziur czy kolein.
Werdykt
Już debiutancki albumu Maca DeMarco był ucztą dla uszu, czymś nowym, świeżym i unikalnym. Salad Days to jednak dzieło o klasę lepsze, dojrzalsze, bardziej urozmaicone, pod każdym względem pełniejsze. Nie potrafię orzec, czy album ten bardziej podoba mi się jako piękna i niezwykle spójna całość, czy jako kilka oderwanych od siebie świetnych i niezwykle urokliwych kompozycji ("Brother", "Passing Out Pieces", "Goodbye Weekend", "Chamber of Reflection" czy "Go Easy") - co do jednego jestem jednak pewien: Salad Days to bardzo dobra płyta. Pardon, rewelacyjna!
kakofoniczny
poleca
poleca
14 kwietnia 2014
RECENZJA: Metronomy - Love Letters

Po dobrym, przyjemnym The English Riviera na nową, czwartą już płytę w dyskografii Metronomy przyszło nam czekać 3 lata. Love Letters nie powtórzyło sukcesu poprzednika, zarówno pod względem sprzedaży, jak i przyjęcia przez krytykę. Album nie sprostał również moim oczekiwaniom. To jednak, co było w nim wyjątkowo kiepskie i nieciekawe, zostawię sobie na koniec tej recenzji. Na wstępie zaś skupię się na tym wszystkim, co w Love Letters zdecydowanie mogło się podobać.
"Boy Racers"
Najlepsza kompozycja na płycie. Utwór genialny pod każdym względem. Płynne, czyste dźwięki nadają mu wyjątkowego, kosmicznego wręcz klimatu. Całość piosenki można zresztą porównać do fascynującej podróży w najdalsze zakątki kosmosu. Na początek odkrywamy futurystyczne syntezatory, następnie rytmicznie wybijaną perkusję, a na sam koniec do nieziemskiej harmonii dźwięków dołącza osobliwa, ale jednocześnie wyjątkowo melodyjna gitara. Jednym słowem: cudo!
Single
Na początku zupełnie nie byłem przekonany do promujących album singli "I'm Aquarius" oraz "Love Letters". Obie piosenki cechuje niebywała powtarzalność - w "I'm Aquarius" objawiająca się w zapętlonym przez niemal cały utwór "ziu tu tu a", z kolei w tytułowym "Love Letters" mamy do czynienia z co i rusz powtarzającym się wrzaskiem "Looooove Leeeeters". Jednak po kilku przesłuchaniach to, co było dla nas irytujące, przechodzi na dalszy plan. W "I'm Aquarius" należy docenić wyjątkowy klimat utworu i wszystkie te elektroniczne ozdobniki subtelnie przewijające się w tle kompozycji. Z kolei w "Love Letters" na pochwałę zasługuje przyjemny, radosny nastrój, prosta i wyjątkowo przytulna aranżacja, a także doskonała symbioza głosów Josepha Mounta (frontmana Metronomy) oraz Anny Prior (perkusistki zespołu).
Spójność
Love Letters to kolejna płyta Metronomy, która od początku do końca jest spójną, logiczną całością. Zarówno instrumentalnie, jak i stylistycznie wszystko "trzyma się tu kupy". Kolejne utwory, nawet jeżeli różnią się nieco nastrojem czy tempem, płynnie w siebie przechodzą, nie zostawiając w słuchaczu wrażenia chaosu. Nic nie jest tu szarpane, gwałtowne czy wytrącające z równowagi. Dla muzycznych purystów płyta niemal idealna.
"Reservoir" i kilka niezłych utworów
"Reservoir" to bez wątpienia jedna z moich ulubionych piosenek na albumie. Proste muzyczne tło pełne syntezatorowych smaczków doskonale współgra z delikatnym, nienarzucającym się głosem Mounta. Utwór daje słuchaczowi dużą przyjemność i doskonale wpisuje się w stonowaną koncepcję albumu. Jeśli miałbym wskazać jeszcze jakieś pozytywne punkty Love Letters, z pewnością wymieniłbym utwory "The Most Immaculate Haircut" - głównie za melodyjny refren i orzeźwiające odgłosy wody, oraz "Never Wanted" - za liryczne nawiązania do "I'm Aquarius" oraz urokliwe, minimalistyczne i wyciszające rozwiązanie płyty.
Fatalne piosenki
Jak łatwo można się domyślić, od tego punktu zaczynam zrzędzenie, czyli wytykanie wszystkich tych elementów Love Letters, które zasługują na bezwzględną krytykę. Na początek - najgorsze piosenki. Wychodzę z założenia, że utwór otwierający album powinien być dobry, intrygujący i zdecydowanie zachęcać do posłuchania dalszej części krążka. Niestety "The Upsetter" jest piosenką nie tylko nudną i nijaką, lecz także zwyczajnie nieprzyjemną. Głos Josepha Mounta brzmi tutaj tak, jakby frontman Metronomy postawił sobie za cel zaśpiewanie najgorzej, jak tylko się da. I trzeba przyznać, że doskonale mu się to udało. Rodzący się w bólach, okrutnie zawodzący wokal Mounta jest tu naprawdę nie do zniesienia. Niesie udrękę, irytację i zwyczajne obrzydzenie. Niestety utwór "Montrous" cierpi na podobną przypadłość jak "The Upsetter". Problem w tym, że oprócz kiepskiego wokalnego wykonania mamy tu do czynienia z wyjątkowo okropną, pozbawioną gustu aranżacją. Syntezatory brzmią tu tak, jakby wyszły spod ręki weselnej kapeli spod Pcimia. Gdyby chociaż te wieśniackie dźwięki rozwinęły się w cokolwiek ciekawego, oryginalnego, zaskakującego... Ale nie - lepiej przez cały utwór grać tę samą melodię doprowadzającą słuchacza do szewskiej pasji. Ot, taki brak pomysłu. I taki brak gustu.
Pastelowa nuda
Co charakteryzuje Love Letters? Niestety w dużej mierze nuda. Niewiele jest tu momentów ekscytujących czy w jakikolwiek sposób zaskakujących słuchacza. Poza kilkoma dobrymi i bardziej wyrazistymi piosenkami całość albumu prezentuje się przesadnie pastelowo i nijako. Co z tego, że większości utworów słucha się z dużą przyjemnością, skoro nie wzbudzają one większych emocji i nie zostają w pamięci słuchacza na dłużej niż kilka minut.
Regres
Trudno oprzeć się wrażeniu, że poprzedni krążek Metronomy - The English Riviera - był albumem pod każdym względem ciekawszym, przyjemniejszym i bardziej wysmakowanym. Oczywiście i tam znalazły się gorsze momenty, przez które ciężko mi było przebrnąć (patrz "Some Written"), ale jako całość Riviera robiła jak najbardziej pozytywne wrażenie. Przebojowe melodie, ciekawy koncept i wspaniałe, wymyślne aranżacje - niestety tego wszystkiego, co było atutem krążka z 2011 roku, w dużej mierze zabrakło na tegorocznym Love Letters. Mimo genialnego "Boy Racers", dobrych singli i kilku niezłych utworów, grupa Metronomy zaliczyła zauważalny regres w swojej twórczości. Oby następnym razem było lepiej!
22 marca 2014
Najkrótsza płyta w historii? RECENZJA: Frankie Cosmos - Zentropy

Wyobraź sobie, że masz równo 17 minut na rozrywkę. Jak spożytkujesz ten czas? Czy zadowoli Cię obejrzenie 3/4 odcinka ulubionego sitcomu, przesłuchanie 3/8 ostatniej płyty Arctic Monkeys albo przeczytanie kilkunastu stron leżącej odłogiem książki? Jeśli nie, podsunę Ci inne rozwiązanie. W wolnej chwili sięgnij po świetny debiut Frankie Cosmos. Album Zentropy trwa dokładnie 17 minut i z powodzeniem mógłby startować w plebiscycie na najkrótszy longplay w historii. Najkrótszy, ale jednocześnie zaskakująco ciekawy, przyjemny i niesamowicie uzależniający.
Pierwszy krążek w karierze Frankie Cosmos składa się z 10 utworów. Jedna piosenka na tej płycie trwa więc średnio 1 minutę 42 sekundy. Czy coś tak krótkiego i ulotnego może wzbudzić w słuchaczu emocje, zostawić po sobie jakiś ślad i zachęcić do ponownego odsłuchania? Okazuje się, że jak najbardziej!
Głos Frankie Cosmos brzmi wdzięcznie, ciepło i przyjemnie, tak zresztą jak cała płyta artystki. Nie ma tu utworów skomplikowanych, wymagających jakiegoś szczególnego skupienia czy wyczulenia na dźwięki i słowa przewijające się w króciutkich kompozycjach. Każdy muzyczny fragment Zentropy błyskawicznie wpada w ucho i wraz z łagodnymi, przytulnymi melodiami gitar i lekką perkusją rozlewa na słuchacza nastrój beztroskiej błogości. Szczera, banalna, a jednocześnie tak cudowna muzyka Frankie Cosmos wzbudza same pozytywne emocje. Pewnie gdyby album trwał nie kilkanaście, a kilkadziesiąt minut, prostota kompozycji i bijąca od nich wesołość prędzej czy później zaczęłyby irytować. Tutaj jednak dawka przyjemności jest odpowiednio zbilansowana. Z muzyką Frankie jest trochę tak jak ze słodkim psiakiem z okładki albumu: momentalnie wywołuje uśmiech na twarzy, rozczula, ale nie sprawia, że "rzygamy tęczą". I to w Zentropy jest naprawdę wspaniałe!
Kolejną rzeczą, która w debiucie Frankie Cosmos zasługuje na uznanie, jest niesamowita wręcz spójność, konsekwencja i równość całego materiału. Nie znajdziemy tu ani jednej złej piosenki, ani jednego punktu, który nie pasowałby do reszty, który burzyłby klimat płyty i psułby jej ogólny odbiór. Oprócz doskonale wpisujących się w tę prawidłowość solidnych utworów, na Zentropy jest też kilka perełek, które znacznie wybijają się ponad resztę albumu. Taką "ponadprzeciętną" piosenką bez wątpienia jest "Buses Splash With Rain". Po melancholijnym wstępie do głosu dochodzą tu wspaniałe dźwięki gitar. Ich harmonijna melodia nadaje kompozycji niesamowitego ciepła, piękna i zwiewności. Przyjemny klimat utworu dodatkowo potęguje przytulny, pełen delikatności wokal Frankie Cosmos. Głos artystki może i nie należy do najbardziej oryginalnych, jednak drzemie w nim jakaś ujmująca autentyczność, która sprawia, że piosenki takie jak "Buses Splash With Rain" za każdym razem dostarczają słuchaczowi innego rodzaju doznań i emocji.
Omawiając najciekawsze punkty Zentropy, nie mógłbym pominąć utworów "Fireman", "Owen" oraz "Leonie". W każdej z tych piosenek oprócz wokalu Frankie słyszymy również głos niezidentyfikowanego przedstawiciela płci męskiej. Jego łagodny baryton tworzy doskonałe połączenie z wysokim, dziewczęcym wokalem artystki i w ciekawy sposób urozmaica zawartość płyty. Na duże słowa pochwały zasługuje również urocze "My I Love You"- utwór, w którym autorka Zentropy "wyciąga" najwyższe dźwięki na całej płycie. I chociaż słychać, że dochodzi tym samym do skraju swoich wokalnych możliwości - miejscami jej śpiew przeradza się bowiem w cieniutki pisk - trzeba przyznać, że czyni to z ogromną gracją, pasją i serdecznością. Poza tym "My I Love You" to oczywiście kolejna łatwa, lekka i przyjemna w odbiorze piosenka, która, mimo że trwa zaledwie półtorej minuty, dostarcza słuchaczowi ogromnej dawki ciepła i radości.
Właściwie 17-minutowy debiut Frankie Cosmos mógłbym podsumować słowami, które przewijały się chyba w każdym akapicie tej recenzji. Lekkość, łagodność, prostota, radość, ciepło - to wszystko doskonale oddaje klimat całości Zentropy i mówi bardzo wiele o emocjach, jakie wyzwala w słuchaczu ten album. Trzeba przyznać, że ta króciutka, niepozorna płyta sprawia bardzo dobre wrażenie już po pierwszym przesłuchaniu, a z każdym kolejnym sympatia, jaką darzymy debiut Frankie Cosmos, tylko się pogłębia. Co z tego, że Zentropy trwa zaledwie 17 minut, skoro mamy tu do czynienia z porcją (właściwie porcyjką) wyjątkowej, ciekawej i jednocześnie cudownej muzyki, która idealnie sprawdza się jako melodyjny rozweselacz-instant. I tyle wystarczy, by omawiany tu longplay uznać za dzieło bardzo dobre, a może nawet rewelacyjne.
16 marca 2014
RECENZJA: Angel Olsen - Burn Your Fire for No Witness

Na swoim drugim albumie Angel Olsen udowadnia, że nie jest typową dziewczyną z gitarą. Równie dobrze radzi sobie w spokojnej, akustycznej stylistyce, co w błyskotliwym indie rocku. W efekcie Burn Your Fire for No Witness w zakresie łagodnego gitarowego grania jest płytą różnorodną i ciekawą. Ale czy aby na pewno dobrą i wartościową?
Co łączy ostatnie albumy Kasabian, Queens of the Stone Age czy Tame Impala? Otóż każdą z tych płyt otwiera piosenka nudna, monotonna i w żaden sposób nieoddająca potencjału całości krążka. Podobnie jest z Burn Your Fire for No Witness oraz utworem "Unfucktheworld". Piosence nie można co prawda odmówić bijącego od niej ciepła, ujmującej prostoty i zawartej w tekście rozczulającej naiwności, jednak w odniesieniu do tego, co Angel Olsen oferuje nam w dalszej części albumu, "opener" wypada naprawdę blado.
Nieco rozczarowujący początek płyty błyskawicznie rekompensuje nam pełne energii "Forgiven/Forgotten". Drapieżny charakter utworu jest tu zasługą nie tylko brudnego brzmienia gitar i mocno wyeksponowanej perkusji, lecz również bezpośredniego, gwałtownego i pełnego sprzeczności tekstu oraz sposobu, w jaki artystka śpiewa o targających ją uczuciach. Mimo że piosenka opowiada o miłości, głos Angel Olsen brzmi tutaj zaskakująco ostro i bezwzględnie, zwłaszcza przy frazach "If there's one thing I fear/ There's one thing I fear/ It's knowing you're around/ So close but not here". Warstwa liryczna "Forgiven/Forgotten" nie opowiada bowiem o miłości pięknej, gorącej, usłanej różami, lecz o uczuciu, które najchętniej puściłoby się w niepamięć, uczuciu zranionym, do którego wraca się z bólem i żalem, uczuciu, które pozostawia po sobie ogromny chaos. Ten emocjonalny rollercoaster najlepiej ukazują słowa "I've wasted my time/ Making up my mind/ I don't know anything/ I don't know anything/ I don't know anything/ But I love you". Miłość ostatecznie więc wraca tu do głosu. Podobnie jak zresztą sympatia do Angel Olsen i jej wyjątkowej muzyki. Po odsłuchaniu świetnego "Forgiven/Forgotten" i kolejnych piosenek na płycie ta sympatia tylko się pogłębia.
Takich bardziej elektrycznych, niż akustycznych brzmień, bardziej indie rockowych niż indie folkowych kompozycji jest na Burn Your Fire for No Witness znacznie więcej. Jedna z nich - "High & Wild" - pod wieloma względami przypomina "Forgiven/Forgotten". Utworowi towarzyszą podobne emocje, identyczne niemal brzmienie gitar oraz tekst zahaczający o podobną tematykę. Całość urozmaicają przyjemne dźwięki wysokich akordów fortepianu. I naprawdę tyle wystarczy, by z czystym sumieniem uznać tę piosenkę za dobrą. Nawet jeśli "High & Wind" nie forsuje zbyt szybkiego tempa, a głos Angel Olsen brzmi tu bardziej melancholijnie, całość utworu jest równie ciekawa i melodyjna, co "Forgiven/Forgotten". No i ta instrumentalna eksplozja dźwięków na końcu... Naprawdę przyjemna piosenka.
Kolejnym indie rockowym punktem Burn Your Fire for No Witness, który zasługuje na oddzielny akapit, jest utwór "Stars". Nieregularne, szarpane rytmy w refrenie, pięknie zawodzący (tak, ten oksymoron jest tu naprawdę uzasadniony) głos Angel Olsen i niesamowite emocje wybrzmiewające zarówno w muzyce, jak i tekście - to wszystko czyni tę piosenkę świetną i wyjątkową. Od "Stars" bije jakieś osobliwe ciepło - czułe i jednocześnie smutne, rozweselające i zarazem przygnębiające.
Podobne emocje towarzyszą też słuchaniu "Lights Out" - utworu prostego, przytulnego, ale jednocześnie trochę melancholijnego. Harmonia łagodnego brzmienia gitary, mocno wyeksponowanego basu, spokojnej perkusji i pięknego głosu artystki brzmi tu nieprawdopodobnie ciepło, przyjemnie i kojąco. W bardziej szorstką stylistykę wchodzi za to numer 3. na albumie, czyli utwór "Hi-Five". Wybrzmiewa w nim specyficzne, trochę kostropate brzmienie gitary, gdzieniegdzie głos Angel Olsen zawodzi przy wyższych dźwiękach - krótko mówiąc, jest osobliwie i ryzykownie. Pomimo tego, "Hi-Five" słucha się z dużą przyjemnością. Jest w tej piosence coś, co zawsze wywołuje u mnie uśmiech i wprowadza w dobry nastrój.
Czy powolna, akustyczna strona Burn Your Fire for No Witness jest równie dobra, jak ta "elektrycznogitarowa", energiczna - omówiona w poprzednich akapitach? I tak, i nie. "Iota" to bardzo ładna, zwiewna piosenka, ale raczej nie wzbudza większych emocji. Nie ma w niej nic, co kazałoby wielokrotnie wracać do tego utworu i odkrywać go na nowo. Pod tym względem jeszcze gorzej jest z "Enemy" - zdecydowanie najgorszym punktem całego albumu, właściwie jedyną jednoznacznie złą kompozycją na Burn Your Fire for No Witness. Niemiłosiernie się ciągnie, ciągle utrzymuje na jednym, nudnym poziomie emocjonalnym i nie rozwija w absolutnie nic godnego uwagi. To tyle jeśli chodzi o "nie".
Z drugiej jednak strony mamy trzy akustyczne piosenki, które zdecydowanie podnoszą wartość płyty. Pierwszą z nich jest majestatyczne "White Fire" - najdłuższa, ale jednocześnie najwspanialsza kompozycja na albumie. Co czyni ją tak wyjątkową? Przede wszystkim prostota, minimalizm oraz surowość, którą przełamuje dopiero wejście gładkiego, łagodnego i nieskazitelnego głosu Angel Olsen. W efekcie "White Fire" zabiera słuchacza we wspaniałą, wzruszającą podróż po archipelagu najróżniejszych emocji - od nadziei, przez niepokój, po smutek i przygnębienie. Kompozycją równie cudowną, wywołującą u mnie gęsią skórkę jest "Dance Slow Decades". Dojście do pięknego punktu kulminacyjnego zwiastuje tu: wykonująca rytmiczne crescendo perkusja, łagodnie przygrywająca gitara oraz przyjemnie współgrające z całością pianino. Na pochwałę zdecydowanie zasługuje również zamykające album "Windows" - utwór szlachetny, lekki i wyciszający. Dla niektórych może urosnąć do rangi oczyszczającego z emocji katharsis, dla innych będzie zapewne tylko kolejną przyjemną, uroczą piosenką - tak czy inaczej w roli klamry spinającej Burn Your Fire for No Witness "Windows" sprawdza się naprawdę doskonale.
No i teraz czas na najtrudniejszą część każdej recenzji - podsumowanie. Drugi album Angel Olsen nie jest dziełem skomplikowanym, szokującym rozmachem czy mnogością form. Burn You Fire for No Witness zdecydowanie stawia na prostotę i właśnie to w tej płycie jest najwspanialsze. Prostymi środkami artystka przekazuje moc emocji, doświadczeń i pokazuje, że wystarczy tworzyć szczerą, autentyczną i bliską swojemu sercu muzykę, by zjednać sobie sympatię słuchacza. Płyty słuchało mi się z ogromną przyjemnością. Niewiele było tu punktów słabych, proszących się o przerwanie, przewinięcie lub przełączenie na następną piosenkę. Kilka utworów zadziało na mnie mocniej niż myślałem, wzbudziło ogromne emocje, wzruszyło, wywołało gęsią skórkę, niekiedy nawet czułem ciarki na plecach.
Nie da się ukryć, że Angel Olsen stworzyła naprawdę bardzo dobry, spójny album, który zasługuje na duże uznanie. Czy jednak Burn Your Fire for No Witness okaże się płytą wartościową i zostanie w świadomości słuchaczy na długo? Tego nie wiem i chyba nikt nie potrafi tego orzec. Póki co, drugi album artystki umościł się wśród moich ulubionych albumów ostatnich miesięcy i już teraz wieszczę mu wysokie miejsca w wielu muzycznych podsumowaniach 2014 roku.
Nieco rozczarowujący początek płyty błyskawicznie rekompensuje nam pełne energii "Forgiven/Forgotten". Drapieżny charakter utworu jest tu zasługą nie tylko brudnego brzmienia gitar i mocno wyeksponowanej perkusji, lecz również bezpośredniego, gwałtownego i pełnego sprzeczności tekstu oraz sposobu, w jaki artystka śpiewa o targających ją uczuciach. Mimo że piosenka opowiada o miłości, głos Angel Olsen brzmi tutaj zaskakująco ostro i bezwzględnie, zwłaszcza przy frazach "If there's one thing I fear/ There's one thing I fear/ It's knowing you're around/ So close but not here". Warstwa liryczna "Forgiven/Forgotten" nie opowiada bowiem o miłości pięknej, gorącej, usłanej różami, lecz o uczuciu, które najchętniej puściłoby się w niepamięć, uczuciu zranionym, do którego wraca się z bólem i żalem, uczuciu, które pozostawia po sobie ogromny chaos. Ten emocjonalny rollercoaster najlepiej ukazują słowa "I've wasted my time/ Making up my mind/ I don't know anything/ I don't know anything/ I don't know anything/ But I love you". Miłość ostatecznie więc wraca tu do głosu. Podobnie jak zresztą sympatia do Angel Olsen i jej wyjątkowej muzyki. Po odsłuchaniu świetnego "Forgiven/Forgotten" i kolejnych piosenek na płycie ta sympatia tylko się pogłębia.
Takich bardziej elektrycznych, niż akustycznych brzmień, bardziej indie rockowych niż indie folkowych kompozycji jest na Burn Your Fire for No Witness znacznie więcej. Jedna z nich - "High & Wild" - pod wieloma względami przypomina "Forgiven/Forgotten". Utworowi towarzyszą podobne emocje, identyczne niemal brzmienie gitar oraz tekst zahaczający o podobną tematykę. Całość urozmaicają przyjemne dźwięki wysokich akordów fortepianu. I naprawdę tyle wystarczy, by z czystym sumieniem uznać tę piosenkę za dobrą. Nawet jeśli "High & Wind" nie forsuje zbyt szybkiego tempa, a głos Angel Olsen brzmi tu bardziej melancholijnie, całość utworu jest równie ciekawa i melodyjna, co "Forgiven/Forgotten". No i ta instrumentalna eksplozja dźwięków na końcu... Naprawdę przyjemna piosenka.
Kolejnym indie rockowym punktem Burn Your Fire for No Witness, który zasługuje na oddzielny akapit, jest utwór "Stars". Nieregularne, szarpane rytmy w refrenie, pięknie zawodzący (tak, ten oksymoron jest tu naprawdę uzasadniony) głos Angel Olsen i niesamowite emocje wybrzmiewające zarówno w muzyce, jak i tekście - to wszystko czyni tę piosenkę świetną i wyjątkową. Od "Stars" bije jakieś osobliwe ciepło - czułe i jednocześnie smutne, rozweselające i zarazem przygnębiające.
Podobne emocje towarzyszą też słuchaniu "Lights Out" - utworu prostego, przytulnego, ale jednocześnie trochę melancholijnego. Harmonia łagodnego brzmienia gitary, mocno wyeksponowanego basu, spokojnej perkusji i pięknego głosu artystki brzmi tu nieprawdopodobnie ciepło, przyjemnie i kojąco. W bardziej szorstką stylistykę wchodzi za to numer 3. na albumie, czyli utwór "Hi-Five". Wybrzmiewa w nim specyficzne, trochę kostropate brzmienie gitary, gdzieniegdzie głos Angel Olsen zawodzi przy wyższych dźwiękach - krótko mówiąc, jest osobliwie i ryzykownie. Pomimo tego, "Hi-Five" słucha się z dużą przyjemnością. Jest w tej piosence coś, co zawsze wywołuje u mnie uśmiech i wprowadza w dobry nastrój.
Czy powolna, akustyczna strona Burn Your Fire for No Witness jest równie dobra, jak ta "elektrycznogitarowa", energiczna - omówiona w poprzednich akapitach? I tak, i nie. "Iota" to bardzo ładna, zwiewna piosenka, ale raczej nie wzbudza większych emocji. Nie ma w niej nic, co kazałoby wielokrotnie wracać do tego utworu i odkrywać go na nowo. Pod tym względem jeszcze gorzej jest z "Enemy" - zdecydowanie najgorszym punktem całego albumu, właściwie jedyną jednoznacznie złą kompozycją na Burn Your Fire for No Witness. Niemiłosiernie się ciągnie, ciągle utrzymuje na jednym, nudnym poziomie emocjonalnym i nie rozwija w absolutnie nic godnego uwagi. To tyle jeśli chodzi o "nie".
Z drugiej jednak strony mamy trzy akustyczne piosenki, które zdecydowanie podnoszą wartość płyty. Pierwszą z nich jest majestatyczne "White Fire" - najdłuższa, ale jednocześnie najwspanialsza kompozycja na albumie. Co czyni ją tak wyjątkową? Przede wszystkim prostota, minimalizm oraz surowość, którą przełamuje dopiero wejście gładkiego, łagodnego i nieskazitelnego głosu Angel Olsen. W efekcie "White Fire" zabiera słuchacza we wspaniałą, wzruszającą podróż po archipelagu najróżniejszych emocji - od nadziei, przez niepokój, po smutek i przygnębienie. Kompozycją równie cudowną, wywołującą u mnie gęsią skórkę jest "Dance Slow Decades". Dojście do pięknego punktu kulminacyjnego zwiastuje tu: wykonująca rytmiczne crescendo perkusja, łagodnie przygrywająca gitara oraz przyjemnie współgrające z całością pianino. Na pochwałę zdecydowanie zasługuje również zamykające album "Windows" - utwór szlachetny, lekki i wyciszający. Dla niektórych może urosnąć do rangi oczyszczającego z emocji katharsis, dla innych będzie zapewne tylko kolejną przyjemną, uroczą piosenką - tak czy inaczej w roli klamry spinającej Burn Your Fire for No Witness "Windows" sprawdza się naprawdę doskonale.
No i teraz czas na najtrudniejszą część każdej recenzji - podsumowanie. Drugi album Angel Olsen nie jest dziełem skomplikowanym, szokującym rozmachem czy mnogością form. Burn You Fire for No Witness zdecydowanie stawia na prostotę i właśnie to w tej płycie jest najwspanialsze. Prostymi środkami artystka przekazuje moc emocji, doświadczeń i pokazuje, że wystarczy tworzyć szczerą, autentyczną i bliską swojemu sercu muzykę, by zjednać sobie sympatię słuchacza. Płyty słuchało mi się z ogromną przyjemnością. Niewiele było tu punktów słabych, proszących się o przerwanie, przewinięcie lub przełączenie na następną piosenkę. Kilka utworów zadziało na mnie mocniej niż myślałem, wzbudziło ogromne emocje, wzruszyło, wywołało gęsią skórkę, niekiedy nawet czułem ciarki na plecach.
Nie da się ukryć, że Angel Olsen stworzyła naprawdę bardzo dobry, spójny album, który zasługuje na duże uznanie. Czy jednak Burn Your Fire for No Witness okaże się płytą wartościową i zostanie w świadomości słuchaczy na długo? Tego nie wiem i chyba nikt nie potrafi tego orzec. Póki co, drugi album artystki umościł się wśród moich ulubionych albumów ostatnich miesięcy i już teraz wieszczę mu wysokie miejsca w wielu muzycznych podsumowaniach 2014 roku.
![]() |
| kakofoniczny poleca |
22 lutego 2014
KRÓTKA RECENZJA: Bombay Bicycle Club - So Long, See You Tomorrow

Czwarty album Bombay Bicycle Club to odejście od indie folkowej, akustycznej stylistyki i wyraźne postawienie na eksperymenty. Po raz pierwszy w twórczości Anglików pojawiają się syntezatory, gdzieniegdzie słychać automat perkusyjny, sample - krótko mówiąc, jest bardziej elektronicznie niż kiedykolwiek. Nowe brzmienie zespołu najlepiej oddają single "Carry Me" i "Luna", które swoją chwytliwością i przebojowością wyniosły So Long, See You Tomorrow na szczyt brytyjskiego notowania. Na pochwałę zasługują też otwierające album "Overdone" i "It's Alright Now", a także ciekawe, lekkie i nieprawdopodobnie przyjemne "Come To" - najlepsza moim zdaniem kompozycja na całej płycie. Niestety panowie z Bombay Bicycle Club nagrali też kilka gorszych utworów ("Eyes Off You", "Home By Now"), których powolność i nijakość jest najwyraźniej echem ich poprzednich albumów. Całe szczęście kiepskie punkty So Long, See You Tomorrow nie przesłaniają tych dobrych, przyjemnych i pozytywnie nastrajających. Całość albumu może i nie zachwyca, ale na pewno zasługuje na posłuchanie i docenienie innowacji, jakie dokonały się w brzmieniu "bombajczyków".
Subskrybuj:
Posty (Atom)













