Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

31 marca 2018

50 najlepszych singli 2017 roku

Jaki jest najlepszy moment na zrobienie rocznego podsumowania? Końcówka grudnia? Styczeń? Początek lutego? Phi, amatorzy... Na moim blogu bije się rekordy i zabawy w podsumowanie urządza się - a co! - z trzymiesięcznym poślizgiem. Wiem, wiem, kazałem Wam czekać na to zestawienie o wieeele za długo... Dlatego teraz posypuję głowę popiołem, obiecuję poprawę i bez zbędnego lania wody prezentuję 50 moich ulubionych singli ubiegłego roku. A że podsumowuję rok 2017, to na każdą piosenkową notkę wyznaczyłem sobie limit dokładnie 17 słów (cobym miał ździebko łatwiej, postanowiłem, że zawartość nawiasów nie będzie temu limitowi podlegać). Gotowi? No to zaczynamy!

13 lutego 2017

50 najlepszych singli 2016 roku

Kurde, późno się zrobiło... Luty trwa już w najlepsze, a u mnie na blożku ciągle ani widu, ani słychu o jakimkolwiek podsumowaniu roku ubiegłego - pomyślałem, wychodząc z ostatniego egzaminu upiornej sesji zimowej na uniwerku. Hehe, mam plan! Zamiast o 100 singlach napiszę o 50. Zamiast natchnionych i często pretensjonalnych dłuuugaśnych opisów utworów, które na dodatek mało kto czyta, tym razem każdej piosence poświęcę maksymalnie 16 słów - chodzi przecież o rok 20"16", więc da się to wszystko jakoś ładnie powiązać hehe. Nie dość, że wyjdzie fajniej niż zwykle, to jeszcze się nie napracuję (sic!). No i jak pomyślałem, tak zrobiłem. Poniżej 50 moich absolutnie ukochanych singli A.D. 2016. Jednak zanim zanurzycie się w świat licznych k0Z4k tracków, polecam garść odjechanych statystyk-ciekawostek, coby Wam narobić smaka na resztę zestawienia.

25 lipca 2016

Open'er Festival 2016: kakofoniczny alfabet (cz. II)


Gdy 2 lata temu umieściłem na tym blogu pierwszą część relacji z Open'era 2014, nie sądziłem, że kontynuacja kakofonicznego alfabetu przeniesie się dopiero na rok 2016. Ale wiecie co: tak sobie myślę, że może to i dobrze wyszło... Gdybym 24 miesiące temu miał napisać jeszcze więcej głupot pokroju "szkoda, że nie było The Dumplings", teraz czułbym jeszcze większe zażenowanie swoją osobą. A tak: ciągle pozostaje pole do rehabilitacji, ciągle mogę napisać parę słów o największym (jakby nie patrzeć) festiwalu w Polsce, o moich ogólnych wrażeniach, doświadczeniach, o muzycznych zauroczeniach i rozczarowaniach, o quasi-socjologicznych refleksjach - krótko mówiąc: o wszystkim tym, czego nie umiałbym wyrazić w tak bezpretensjonalnej formie jeszcze 2 lata temu.

26 maja 2016

"Lean On" do porzygu... czyli najgorsze i najlepsze kopie Major Lazer















Od  wydania "Lean On" minął już ponad rok. W tym czasie przebój Mejdzio Lejza przekroczył na YouTubie magiczną granicę miliarda wyświetleń, pobił rekord w liczbie odtworzeń na Spotify, a przy okazji sprzedał się w nakładzie grubo ponad 4 milionów egzemplarzy w skali globu! W całym tym natłoku potężnych sukcesów nie można jednak zapominać o jednym, który - mimo że nienamacalny i mniej oczywisty - zdaje się mieć znacznie większe znaczenie od pozostałych. Otóż singiel Major Lazer, DJ-a Snake'a i MØ wywarł OGROMNY wpływ na współczesną elektronikę (zwłaszcza tę z okolic EDM-u) i - nie bójmy się tego powiedzieć - zrewolucjonizował cały muzyczny mainstream. Dowód? Po sukcesie komercyjnym "Lean On" jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać mniej lub bardziej udane imitacje tego kawałka.


1 stycznia 2016

100 najlepszych singli 2015 roku [100-51]



Niestety w 2015 roku nie rozpieszczałem czytelników tego bloga zbyt dużą liczbą wpisów. Czasu starczyło mi jedynie na kontrowersyjny tekst o Trójce i niezbyt przychylną recenzję singla CHVRCHES. Wbrew pozorom jednak przez cały ten czas, gdy kakofoniczny nie dawał znaków życia w Internecie, facet ukrywający się pod tym pseudonimem bacznie przyglądał się wydarzeniom ze świata muzyki. Przesłuchałem tysiące piosenek, setki płyt, przemierzyłem Internet wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu nieznanych dotąd dźwięków. W końcu pod koniec roku zebrałem wszystko w jedną całość, dokonałem bezwzględnej selekcji materiału i sporządziłem 2 listy, które można uznać za swego rodzaju zwieńczenie mojej recenzenckiej działalności A.D. 2015. Na najlepsze płyty przyjdzie jeszcze czas, a tymczasem na pierwszy ogień pójdzie notowanie 100 najlepszych singli 2015 roku, począwszy od miejsc 100-51. No to zaczynamy!


11 sierpnia 2015

To nie jest radio dla młodych ludzi

Jeśli Twoi starzy podczas podróży autem z zapałem słuchają Trójki, to wiedz, że jesteś jedną z tysięcy młodych osób, którzy doskonale znają ten ból. W kręgach tatusiów 40+ oczywiście rzeczone radio może uchodzić za wzór ambitnej rozgłośni, swego rodzaju skarbnicę fascynujących publicystycznych audycji, błyskotliwych bon motów i zadziwiających muzycznych inspiracji. Ale umówmy się: młode pokolenie tego nie kupi, no chyba że ktoś aspiruje do roli „starej malutkiej” lub - jak kto woli - do roli zgrzybiałego adolescenta słuchającego radia wg utartego schematu „lubię, gdy coś se leci w tle”.

Zanim rozpocznę moją pięciopunktową listę żali do Najjaśniejszej Trójki, pragnę rzucić ostrzeżenie dla wszystkich tych, którzy panicznie boją się internetowego hejtu. Niestety w moim wpisie nie obejdzie się bez inwektyw, słownictwa nacechowanego emocjami i ogólnego jadu skierowanego przeciwko praktycznie każdej formie działalności Programu Trzeciego. Jeśli więc już teraz czujecie się urażeni moimi wypocinami, lepiej nie kontynuujcie lektury tego tekstu. Z czasem będzie tylko ostrzej, bezwzględniej i jeszcze bardziej po bandzie.

16 lutego 2015

50 najlepszych płyt 2014 roku


Dawno temu zaczął się rok 2015, a ja ciągle siedzę w muzyce roku ubiegłego. Stwierdziłem, że trzeba coś z tym zrobić i jak najszybciej zamknąć za sobą ten nieco już zakurzony rozdział w mojej quasi-recenzenckiej karierze. Dlatego też w najprostszej możliwej formie, bez zbędnych epitetów i bez głębokich, patetycznych rozmyślań, prezentuję Wam listę 50 (moim zdaniem) najlepszych płyt 2014 roku.

24 grudnia 2014

100 najlepszych singli 2014 roku [100-51]


Muszę przyznać, że na ten moment czekałem podwójnie. Po pierwsze, nie mogłem się doczekać powrotu do pisania na kakofonicznym, dzielenia się z Wami moimi muzycznymi fascynacjami, opiniami i wszystkimi emocjami towarzyszącymi słuchaniu kolejnych płyt i piosenek. Po drugie, z niecierpliwością oczekiwałem najprzyjemniejszej części pracy każdego recenzenta - czy to amatora (którym niewątpliwie pozostaję), czy profesjonalisty. Mam tu na myśli tworzenie całorocznych podsumowań, które stanowią wyjątkowe zwieńczenie wytężonej 365-dniowej pracy. Na początek proponuję zestawienie 100 (oczywiście moim zdaniem) najlepszych singli 2014 roku. Jesteście gotowi? :)


9 lipca 2014

Open'er Festival 2014: kakofoniczny alfabet (cz. I)



A jak absencje
Na tegorocznym Open'erze nie wystąpiło dwóch artystów, którzy stanowili ważne punkty festiwalowego line-upu. Po pierwsze, nie zobaczyliśmy Chromeo - kanadyjskich mistrzów electro-funku, którzy z niewiadomych przyczyn odwołali całą trasę koncertową po Europie. Po drugie, nie zagrali The Dumplings. Duet zawiesił swoją koncertową działalność z powodu problemów zdrowotnych wokalistki Justyny Święs. Mam nadzieję, że z oboma zespołami zobaczymy się za rok ;)

B jak Black Keys
Już pierwszy dzień tegorocznej edycji Open'era przyniósł prawdziwą koncertową bombę. O 22:00 zaczął się pierwszy polski koncert The Black Keys. Panowie na ponad półtorej godziny zawładnęli uszami wszystkich zgromadzonych przy Open'er Stage. W setliście dominowały utwory z ostatnich trzech płyt duetu. Najgłośniej zabrzmiało "Lonely Boy" i "Little Black Submarines", które eksplodowało swoją energią dopiero na samym końcu koncertu. Wszyscy szaleli, skakali, śpiewali, wymachiwali rękami. Publiczność reagowała na kolejne utwory tak żywiołowo, że doczekaliśmy się nie lada komplementu od frontmana The Black Keys. Dan Auerbach stwierdził, że publika Open'era to "ten times the energy of Glastonbury". Panom z The Black Keys tak bardzo spodobało się w naszym kraju, że już teraz zapowiedzieli koncert w lutym przyszłego roku w łódzkiej Atlas Arenie. Już nie mogę się doczekać!



C jak chrypa
Na koncert Jacka White'a czekały nieprzebrane tłumy. Już pierwsze riffy wywołały ogromną ekscytację publiczności. Póki było głośno i grały instrumenty wszystkich muzyków towarzyszących White'owi na scenie, nikt nie śmiał podejrzewać, że coś może być nie tak z głosem byłego frontmana The White Stripes. Kiedy jednak symfonia dźwięków ucichła i to głos Jacka wysunął się na pierwszy plan, stało się jasne, że muzyk ma wyraźną chrypę. Po kilku piosenkach zaśpiewanych na pół gwizdka, artysta przeprosił za swoją kondycję wokalną. W zamian dostał owacje od publiczności i zachętę do dalszego grania. Bardziej od chrypy liczyło się bowiem jego niesamowite zaangażowanie, wirtuozeria gry na gitarze oraz życzliwość, jaką Jack darzył polską publiczność (w pewnym momencie zszedł ze sceny i przeszedł alejką przez tłum fanów). Gdzieś od połowy koncertu po chrypie nie było już śladu - nie wiem, czy to zasługa jakiegoś leku, który artysta zażył w przerwie między piosenkami, czy może po prostu Jack grał tak świetnie, że dźwiękami swojej gitary zatarł nie najlepsze wokalne wrażenie. Tak czy inaczej koncert był rewelacyjny i żadna chrypa nie zdołała tego zepsuć.

D jak disco
Silent Disco to jedna z tych atrakcji, której powinien spróbować każdy openerowicz. Zasada działania jest prosta: zakładasz bezprzewodowe słuchawki i wybierasz jeden z dwóch muzycznych kanałów. Za muzykę lecącą w każdym z nich odpowiada inny DJ stojący nad salą dyskotekową. Teraz wyobraź sobie, co się dzieje, gdy każdy z DJ-ów puści świetną, znaną piosenkę, do której każdy chętnie potańczy i, którą każdy chętnie zaśpiewa. Połowa wypełnionej po brzegi sali bawi się wtedy do jednej piosenki, druga zaś - wykrzykuje tekst drugiego kawałka. Najciekawsze jest to, że bawiący się w najlepsze nie słyszą się nawzajem, natomiast ludzie z zewnątrz słyszą wrzawę unoszącą się z silent disco nawet w promieniu 100 m. Niestety w moim przypadku trudno mówić o jakiś niesamowitych przeżyciach związanych z tą atrakcją. Trafiłem na wyjątkowo marnych DJ-ów, którzy zamiast tanecznych przebojów puścili Mumford & Sons. Niestety przy folkowej muzyce nie da się bawić, nawet mając wokół siebie rzeszę tak roztańczonych ludzi.



E jak Eddie Vedder
Mimo że nie jestem wielkim fanem Pearl Jam, muszę przyznać, że panowie zagrali naprawdę świetny koncert. Co ciekawe wspaniała atmosfera nie była tu jedynie zasługą energetycznej muzyki Amerykanów. Dużą rolę w podkręceniu nastrojów publiczności miał bowiem frontman Pearl Jam - Eddie Vedder, który, trzymając w ręku pokaźną butelkę wina, co i rusz przemawiał do zgromadzonego przed sceną wielotysięcznego tłumu. W swoich wywodach Eddie - wyraźnie podpity - niemiłosiernie się plątał, zawieszał, aż w końcu zaczął podśmiechiwać się ze swojego upojenia. Próbował nawet mówić po polsku, jednak jedyne, co dało się zrozumieć, to nazwy kolejno wymienianych instrumentów i pamiętne "nawzajem", po którym nastąpiła salwa śmiechu publiczności. Żarty jednak na bok, bo oprócz niesamowicie ciepłej, sympatycznej i błyskotliwej osobowości, ten facet udowodnił, że miejsce wśród najlepszych wokalistów rockowych należy mu się jak psu buda. Przez bite dwie godziny czarował swoim charakterystycznym głosem, krzycząc, schodząc na niskie dźwięki, a nawet wyciągając kilkunastosekundowe wysokie nuty. Krótko mówiąc: chapeau bas!

F jak Foals
Jedyna rzecz, która pozostawia mnie w złym nastroju po występie Foals, to fakt, że nie załapałem się na ani jedno zdjęcie, którym organizatorzy podsumowali na swojej stronie ten koncert. Chociaż może to i dobrze - pot lał się ze mnie strumieniami, sam byłem gnieciony przez gąszcz innych spoconych ludzi, zapewne więc nie wyszedłbym na takiej fotce zbyt korzystnie. Poza tym trudno się do czegokolwiek przyczepić, cokolwiek skrytykować - po prostu koncert bajka. Nie wiem, jak było w dalszych partiach publiczności, ale na samym przodzie (miałem przyjemność być w jakimś czwartym rzędzie od barierek) panowało istne szaleństwo. Ogromne pogo, co i rusz powtarzający się crowdsurferzy, wchodzący do tłumu Yannis (wokalista Foals). Krótko mówiąc: coś niesamowitego! A co, jeśli chodzi o samą muzykę? Jak zwykle w przypadku Foals było doskonale. Genialne wykonanie "Spanish Sahara", moc "Inhaler", taneczność "My Number" i kończące cały koncert, ociekające energią "Two Steps, Twice". Drugi raz widziałem tę piątkę panów z Anglii i drugi raz zdecydowanie się nie zawiodłem!



G jak gastro
Open'er jest pełen pozamuzycznych atrakcji, także tych gastronomicznych. Fani food trucków z pewnością znajdą tu wiele znanych i lubianych marek - Beef'n'Roll (wspaniałe burgery), Gruba Fryta (belgijskie frytki) czy Co Ja Ciacham? (pyszne węgierskie słodkości). Na terenie festiwalu widziałem co najmniej trzy burgerownie - wybór jest więc naprawdę duży. Do tego dochodzą stoiska z pizzą, sushi, nudlami czy naleśnikami. Krtótko mówiąc: żyć nie umierać :)

H jak Haim
Ci, którzy spodziewali się niewinnych, soft rockowych klimatów musieli przeżyć
niemały szok, gdy zobaczyli i usłyszeli, jak koncertują trzy siostry z Kaliforni. Drapieżne gitarowe solówki, niesamowita energia i wspaniały bas - tak w skrócie można opisać muzyczne doznania płynące z koncertu Haim. Najgłośniej zabrzmiały największe przeboje grupy - "Forever" oraz "Don't Save Me", a także "Oh Well" - świetny, energetyczny cover Fleetwood Mac. Co jeszcze warto zapamiętać z tego koncertu? Przede wszystkim niesamowite miny basistki Haim (wystarczy wpisać w wyszukiwarkę "bass face" i zapewniam was, że wyskoczy to, co trzeba), przekazywane przez nią pochwały w stylu "you are the craziest crowd on our tour" oraz żywiołowe reakcje publiczności. Jak na świeżo upieczone debiutantki, siostry Haim spisały się naprawdę rewelacyjnie. 



I jak inwazja pięknych dziewczyn
Domyślam się, że ta część alfabetu zainteresuje nie więcej niż połowę czytelników, ale i tak pozwolę sobie napisać o pewnym zjawisku, które nie po raz pierwszy rzuca mi się w oczy na Open'erze. Otóż trudno o miejsce bardziej wypełnione pięknymi dziewczynami niż rejony Gdyni w czasie pierwszego tygodnia lipca. Grupki uroczych, doskonale ubranych i wystylizowanych pań cieszą oko na każdym wręcz kroku: na koncertach, w okolicy punktów gastronomicznych, na Silent Disco, a także poza terenem festiwalu: na plaży, w autobusach, na ulicach Kosakowa i okolicznych miejscowości - dosłownie wszędzie. Najwyraźniej piękna muzyka przyciąga pięknych ludzi. I chyba coś w tym jest, bo już w niedzielę po ostatnim dniu Open'era, na miejsce ślicznych dziewczyn przyjechały bożeny z wszelkich nieciekawych zakątków Polski i w powietrzu zamiast aromatycznych perfum niestety dominować zaczął zapach cebuli.

J jak Jarek
Najbardziej kultowe imię tego Open'era? Nie Eddie, nie Yannis, nie Mike, lecz właśnie Jarek! Wszystko zaczęło się na polu namiotowym, około godziny 4:00, gdy ktoś wrzasnął "Dareeeek" w poszukiwaniu swojego kolegi. Chwilę później z niewiadomych przyczyn Darek stał się Jarkiem i właśnie to imię zaczęli skandować rozbawieni openerowicze. Nie wiadomo, czy tajemniczy Darek lub - jak kto woli - Jarek się odnalazł. Nie wiadomo nawet, czy taka osoba w ogóle istnieje. Jedno jest za to pewne: Jarek na zawsze pozostanie w naszych sercach.



K jak kolorowy penis
Mianem "kolorowego penisa" lub "dildo" obdarzono na tegorocznym Open'erze instalację Maurycego Gomulickiego, pt. "Totem". Konstrukcja znajdowała się w strategicznym punkcie terenu festiwalu - między Open'er Stage a Here & Now Stage, dlatego też często pełniła funkcję miejsca spotkań. I nie trudno się temu dziwić - kolorowa, wysoka na 12 m instalacja widziana była z niemal każdego zakątka lotniska Babie Doły. Poza tym ze względu na panujące w openerowym slangu alternatywne nazwy stała się miejscem pod każdym względem wyjątkowym i kultowym.

9 marca 2014

5 moich muzycznych "guilty pleasures"



"Guilty pleasure" to coś, co sprawia nam przyjemność, ale wcale nie czujemy się z tym dobrze. Krótko mówiąc, lubimy coś, czego lubić nie powinniśmy - coś, do czego wolelibyśmy się nie przyznawać, coś zawstydzającego i coś, co mogłoby się spotkać z dziwnymi reakcjami naszych znajomych czy rodziny. Każdy ma jakieś "guilty pleasures" - jedni lubią oglądać telenowele kolumbijskie, drudzy podjadać w nocy czekoladę, są też tacy (i tu mam na myśli siebie), którzy niektóre piosenki podśpiewują sobie tylko wtedy, gdy nikogo nie ma w pobliżu. W tym poście przyznam się do 5 moich muzycznych "guilty pleasures".


M.I.A. - Sexodus



Muszę przyznać, że nie przepadam za muzyką M.I.A. Doceniam niepokorność Tamilki i odwagę, z jaką śpiewa/rapuje/mówi o wielu niewygodnych kwestiach, jednak większość jej twórczości to wściekła elektroniczna papka, której po prostu nie da się słuchać. Odtwarzanie kolejnych płyt M.I.A. zawsze wiązało się dla mnie z ogromną udręką - nie inaczej było z jej najnowszym albumem Matangi. Masa okrutnych dźwięków, wszechobecny chaos, gdzieniegdzie przeplatający się z groteskowym kiczem. Krótko mówiąc, coś okropnego. Ale jeden utwór z tej płyty jakoś zapadł mi w pamięć, zainteresował, zmusił do ponownego odsłuchania. Ten utwór to Sexodus - jeden z niewielu punktów w całej twórczości Mayi, który można przesłuchać od początku do końca bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Wszystko brzmi tu zaskakująco harmonijnie, melodyjnie i łagodnie (w porównaniu do takich kompozycji jak "Bring the Noize", "Warriors", "aTENTion" czy "Only 1 U"). Piosenka ma wyjątkowy - nieco mroczny i niepokojący - klimat i zdecydowanie pozostawia słuchacza z apetytem na więcej.


Drake - Hold On We're Going Home



Przeglądając pitchforkową listę najlepszych singli 2013 roku, z niedowierzaniem przyjąłem zwycięstwo Drake'a i jego przeboju "Hold On We're Going". Nie lubię rapu (i domyślam się, że zaraz przedstawię bardzo stereotypowe podejście do tego gatunku, w które Drake wpisuje się tylko w niewielkim stopniu), ale już wolę słuchać agresywnego gangsta o jego "niggas" i kolejnej "bitch", niż rapera, który usiłuje śpiewać. Niestety wokal Drake'a w omawianym utworze nie można nawet nazwać śpiewem - to już niemal pisk kastrata, w niektórych momentach tak wysoki, że pękają kieliszki. Piosenkę ratuje przyjemne oldschoolowe tło muzyczne oraz... Arctic Monkeys. Tak, to właśnie za sprawą panów z Sheffield (właściwie teraz to już panów z Los Angeles) i ich klimatycznego coveru "Hold On We're Going Home" na nowo odkryłem ten utwór. I wszystko wskazuje na to, że jakimś cudem go polubiłem.


Childish Gambino - 3005



Prawdopodobnie ostatni album Childish Gambino - Because the Internet - zwyciężyłby w niejednym rankingu na najgorszą płytę ubiegłego roku. Średnia "64/100" na Metacriticu i tak zaszczytne oceny jak "2/10" od magazynu SPIN, "5,8/10" od Pitchfork'a czy zaledwie półtorej gwiazdki od Consequence of Sound nie oznaczają jednak, że raper nie zrobił ostatnio ani jednej dobrej piosenki. Cóż, z "3005" mam trochę tak, jak z omawianym przed chwilą utworem Drake'a. Piosenka na początku zupełnie mi się nie podobała. Miejscami przeszkadzał mi zbyt wysoki wokal (tutaj przewijający się tylko w refrenie), irytował sposób, w jaki Gambino nawijał w zwrotkach. Ale prędzej czy później polubiłem ten utwór - głównie za sprawą przytulnych syntezatorów i całości lekkiego, elektronicznego tła kompozycji. Taka typowo amerykańska muzyka na pograniczu hip-hopu i RnB to zupełnie nie moja bajka i naprawdę dziwnie czuje się z tym, że "3005" przypadło mi do gustu. No ale, jeśli chodzi o ten utwór i tak czuję się mniej "guilty" niż w przypadku "Hold On We're Going Home".


Avicii - You Make Me



Nie chciałbym urazić jakiegoś fana Avicii, ale muzyka, jaką robi ten szwedzki DJ, raczej nie należy do najambitniejszych. To taka lepsza wersja "umca-umca" rodem z Planety FM, Eski czy RMF MAXXX. Proste bity, chwytliwe melodie i banalne słowa, które dołączono właściwie tylko po to, by dany utwór można było puszczać w radiu. Ten sprawdzony patent na przebój Avicii powiela również w swoim singlu "You Make Me''. Ale czy jest w tym coś złego, skoro piosenka sprawia słuchaczowi ogromną przyjemność, wywołuje u niego mimowolne pląsy i błyskawicznie wpada w ucho? Mam nadzieję, że nie, bo "You Make Me" pokochałem już od pierwszego odtworzenia i jakoś zupełnie nie mogę się od tego utworu oderwać. Taneczne, osadzone na niskich dźwiękach disco-pianinko, przyjemna melodia i chwytliwe frazy refrenu zawsze wprowadzają mnie w dobry nastrój. Nie umiem sobie wyobrazić zaprzestania podśpiewywania sobie "All my life/ I've been, I've been waiting for someone like you, yeah". I oglądania świetnego, pełnego energii teledysku do tej piosenki.


Calvin Harris feat. Florence Welch - Sweet Nothing



Początki kariery Calvina Harris'a były naprawdę obiecujące. Trudno w to uwierzyć, ale kiedyś zamiast mainstreamowej "rąbanki", Szkot tworzył naprawdę porządne electropopowe piosenki, np. "Acceptable in the 80s" czy "I'm Not Alone". Niestety z czasem muzyk porzucił robienie ciekawej, wartościowej muzyki i poświęcił się tworzeniu przebojów, które z powodzeniem miały pomnożyć stan jego konta. Ogromny sukces przyniosły mu kolaboracje z artystami (powiedzmy sobie szczerze) nie najwyższych lotów, takimi jak: Ne-Yo, Example czy Tinie Tempah. Od tamtego czasu muzyka Harris'a to już nie był przyjemny electropop czy nu-disco, lecz wściekły, bezkompromisowy electro-house, tak popularny na współczesnych dyskotekach. Duet z Florence Welch - wokalistką Florence and the Machine - idealnie wpisuje się w tę tendencję w twórczości Szkota. Prym wiedzie tu ostry, opętańczy motyw, który uparcie towarzyszy każdemu wejściu refrenu. Podkład muzyczny brzmi obrzydliwie, wieśniacko i właściwie nie wiem, jakich jeszcze mocnych słów mógłbym tu użyć. Jednak w połączeniu ze świetnym, intrygującym wokalem Florence całość jest nadzwyczaj znośna i gdzieś spod warstwy szalonej gonitwy dźwięków zdaje się wydostawać dusza. W efekcie, choć "Sweet Nothing" jest zaprzeczeniem niemal wszystkiego, w co wierzę w muzyce, polubiłem ten utwór, wielokrotnie go przesłuchałem i przekonałem się, że trudno uwolnić się od nawet najokrutniejszych "guilty pleasures".

2 marca 2014

ULUBIONE: Chvrches - The Mother We Share



Tej piosenki słucham codziennie od wielu miesięcy i jakoś zupełnie nie mogę się od niej oderwać. Dziesiątki odtworzeń, godziny nadstawiania uszu do tych samych melodii, słów, dźwięków, a "The Mother We Share" ciągle dostarcza mi wspaniałych emocji, nieporównywalnych z jakimkolwiek innym utworem nagranym w ciągu ostatnich lat. Co więc czyni tę piosenkę tak wyjątkową?

Już pierwsze dźwięki, jakie słyszymy - sample ślicznego, anielskiego głosu Lauren Mayberry - przygotowują nas do podróży w zupełnie inny świat; świat pełen harmonii, pięknych melodii i wspaniałych emocji. Z prawdziwym "rajem dla uszu" mamy jednak do czynienia dopiero, gdy narastające w tle dźwięki dochodzą do punktu kulminacyjnego, gdy odzywa się elektroniczna perkusja i wybija cztery mocno zaakcentowane uderzenia. Dopiero wtedy następuje wspaniała, zapierająca dech w piersiach eksplozja dźwięków, barw i emocji.

Epickie intro płynnie przechodzi w spokojniejszą, bardziej minimalistyczną zwrotkę. Bogactwo melodii ustępuje tu ożywczym dźwiękom syntezatora, które towarzyszą pierwszym frazom piosenki. Z każdego wyśpiewanego zdania, każdego słowa bije tutaj niczym niezmącona perfekcja. Wokal Lauren Mayberry - śliczny, niewinny, dziewczęcy - brzmi niezwykle ujmująco i szlachetnie. Jeszcze przed nadejściem refrenu słuchaczowi udziela się lekki, wdzięczny nastrój. Słodkie "oh oh oh" - chyba najbardziej chwytliwy fragment całej zwrotki - spokojnie rozweseliłoby nawet największego na świecie gbura.

45. sekunda to - przynajmniej dla mnie - początek nieba na Ziemi. Piękno refrenu, jego moc, melodyjność oraz siłę oddziaływania na słuchacza chyba najlepiej oddaje angielskie słowo anthemic. Harmonia przyjemnie plumkających w tle syntezatorów, rytmicznie wybijającej elektronicznej perkusji i wychodzącego na pierwszy plan głosu Lauren Mayberry jest czymś doskonałym w każdym calu. Wszystko brzmi tu nieprawdopodobnie przyjemnie, cudownie i świeżo. W prostych frazach zaczynających się od słów "And the mother we share..." zawarte jest coś niesamowicie autentycznego, ponadczasowego, wzbudzającego mnóstwo emocji.

Drugą zwrotkę utworu wzbogaca dodatkowa syntezatorowa linia melodyczna, refren zaś w drugim podejściu pozostaje niezmieniony - po co przecież zmieniać coś tak doskonałego? Następny fragment "The Mother We Share" to celowe zwolnienie kompozycji, skutkujące również zmianą jej charakteru. Robi się refleksyjnie i melancholijnie. W tle słychać motyw z intra utworu, który idealnie sprawdza się jako urozmaicenie tej części piosenki. Jeśli chodzi o warstwę liryczną, najbardziej zwracają tu uwagę frazy "And when it all fucks up, you put your head in my hands/ It's a souvenir for when you go-o-oh". Przekaz jest prosty, bezpośredni, ale niesie ze sobą potężny ładunek emocji - "kiedy wszystko się spierdoli, złóż głowę w moje dłonie - to będzie wspomnienie, kiedy odejdziesz".

Siła, z jaką po nastrojowej pauzie nadchodzi charakterystyczny, melodyjny refren, jest porażająca. Do harmonii pięknych dźwięków ze swoim wokalem dołącza syntezatorowy "mózg" Chvrches - Iain Cook. Jego przyjemny, wysoki wrzask rodem z kompozycji M83, dodając piosence jeszcze więcej mocy, energii i emocji, jest doskonałym dopełnieniem ślicznego głosu Lauren Mayberry. Ostatnie 25 sekund "The Mother We Share" to wspaniałe, przestrzenne rozwiązanie. Wybrzmiewają tu sample z początku utworu, słychać płynne dźwięki syntezatorów, na bliższy plan wysuwa się głos Iain'a, a całości towarzyszy mocno wyeksponowany bas. Ostatecznym zwieńczeniem kompozycji jest charakterystyczne, pełne lekkości "oh oh oh" - a więc dźwięki, które również otwierają piosenkę.

Całość "The Mother We Share" brzmi doskonale zarówno pod względem lirycznym, jak i - przede wszystkim - muzycznym. Utwór wprowadza słuchacza w błogi stan. Dostarcza niesamowitych emocji. Wzrusza. Daje ogromną przyjemność z każdego dźwięku, każdego zaśpiewanego słowa. Jest doskonałą, zapierającą dech w piersiach kompozycją płynnie przechodzącą z jednej syntezatorowej wyspy na drugą. Przy tych wszystkich wspaniałych cechach debiutancki singiel Chvrches jest też po prostu świetną popową piosenką - przebojową, błyskawicznie wpadającą w ucho i niewiarygodnie przystępną. Ach, uwielbiam ten utwór!

7 lutego 2014

Polska elektroniką stoi, czyli 5 najciekawszych artystów rodzimej sceny elektronicznej

Bokka



Warszawskie trio konsekwentnie nie zdradza swojej tożsamości, kryjąc się podczas koncertów za wielkim ekranem odsłaniającym publiczności jedynie cienie sylwetek członków grupy. Nie wiadomo, kim są, jak wyglądają, wiadomo za to, że robią świetną muzykę, którą trudno zaszufladkować w jednym gatunku. Na ich debiutanckim albumie wybrzmiewa synth pop, shoegaze, trochę dream popu. Całość brzmi magicznie, intrygująco i niebanalnie, przywołując dokonania tak różnych artystów jak: Lykke Li, The Knife czy Ladytron. Warto odnotować, że Bokka to jedyny polski zespół, którego singiel odnotowany został przez szanowany amerykański portal Pichfork.




The Dumplings



Justyna Święs i Jakub Karaś mają odpowiednio 16 i 18 lat. Ona pisze teksty i śpiewa, on odpowiada za warstwę muzyczną. Kiedy pierwszy raz usłyszałem ich "Słodko-słony cios", nie mogłem uwierzyć, że tak świetny, dojrzały elektroniczny pop mogą tworzyć tak młodzi ludzie. Autentycznie opadła mi szczęka, a po przesłuchaniu ich anglojęzycznego materiału - pięknego "Fear on my chest", ożywczego "Wide Smiles" i magicznego "How Many Knives" - byłem w jeszcze większym szoku. Jeśli debiutancka płyta The Dumplings okaże się tak dobra, jak udostępnione w internecie piosenki, o nastoletnim duecie może być głośno nie tylko w Polsce, ale też zagranicą, czego z całego serca im życzę.





XXANAXX


Kolejny damsko-męski duet łączy w swojej muzyce chillwave i witch house, czego efektem są lekkie, piękne i organiczne kompozycje. Wzbogacone o majestatyczny głos Klaudii Szafrańskiej (znanej wcześniej z występów w programie X-Factor) zupełnie nie brzmią, jakby wyszły spod ręki polskiego artysty. Duet wystąpił na ubiegłorocznym Open'erze, w 2013 r. wydał również swoją pierwszą EP-kę. Praca nad debiutanckim albumem trwa podobno w najlepsze i jej efekty powinniśmy poznać już w tym roku.

 



Kamp!


Trio z Łodzi doskonale wie, jak robić świeżą, taneczną elektronikę czerpiącą garściami ze stylistyki lat 80. Ich debiutancki album to, jeśli chodzi o polską scenę alternatywną, jedna z najlepszych płyt ostatnich lat. Chwytliwe, od razu wpadające do ucha piosenki przeplatane są tu ze spokojnymi, odprężającymi kompozycjami, dzięki którym choć na chwilę możemy poczuć się beztrosko i zapomnieć o wszystkich problemach. Szczególną relaksacyjną moc mają utwory "Oaxaca", "Lux Lisbon" i "International Landscape". Na imprezie z kolei najlepiej sprawdzą się taneczne "Cairo" i "Distance of the Modern Hearts".

Grupa Kamp! może pochwalić się zdecydowanie największym dorobkiem spośród wszystkich artystów omawianych w tym zestawieniu. Panowie grali na największych festiwalach w Polsce - Open'erze, Coke'u, Selectorze, Audioriver i Festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Odwiedzili także kilka znanych zagranicznych imprez, m.in.: SXSW (USA), The Great Escape (UK) i Exit Festival (Serbia). Chodzą słuchy, że w tym roku trio ma wydać nowy album. Z nowym materiałem można zapoznać się podczas trwającej właśnie trasy koncertowej zespołu.






Rebeka


Damsko-męski duet z Poznania tworzą Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny. Ich muzyka to głównie emocjonalne, minimalistyczne kompozycje oparte na połączeniu dźwięków keyborda z możliwościami komputera. Zespół ma na koncie dwa single i dwie EP-ki. Największą popularność przyniósł im debiutancki album Hellada, uznany przez dziennikarzy Gazety Wyborczej za najlepszą polską płytę roku 2013. Duet wystąpił na kilku festiwalach w Polsce (Open'er, Selector, Free Form Festival), mają też na koncie występy w Niemczech, Wielkiej Brytanii, a nawet Portugalii.