Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie pop. Pokaż wszystkie posty

2 sierpnia 2014

KRÓTKA RECENZJA: tUnE-yArDs - Nikki Nack



Mimo że Nikki Nack to zdecydowanie najprzystępniejsza w odbiorze płyta tUnE-yArDs, muzyka zespołu niewiele utraciła ze swojej eksperymentalnej oryginalności. Stąd też nikogo nie powinno dziwić połączenie: afrykańskich rytmów, pełnego energii kobiecego wokalu, mocno wyeksponowanego basu oraz najróżniejszych elektronicznych odgłosów. W tym miejscu pojawia się jednak zasadnicze pytanie - czy album oparty na czterech tak osobliwych i różnych od siebie fundamentach może tworzyć spójną całość? Po pierwszym przesłuchaniu Nikki Nack zapewne każdy złapie się za głowę i westchnie: "Chryste, co za bałagan...". Po drugim - cóż, raczej będzie podobnie. Ale za trzecim razem (przynajmniej tak było w moim przypadku) dochodzi się do wniosku, że jakimś cudem to wszystko trzyma się kupy. Większość kompozycji utrzymana jest bowiem w podobnym, absurdalnym stylu łączącym melodyjną beztroskę piaskownicy z rytmiczną powagą plemiennego obrzędu. Czasami bywa spokojniej, innym razem  - gwałtowniej, szybciej, intensywniej - ciągle jednak mamy do czynienia z muzyką, której przyświeca jeden jasny cel: dostarczenie słuchaczowi jak największej ilości pozytywnej energii. Dlatego właśnie nie zważając na gusta i zdumienie płynące już z pierwszych dźwięków Nikki Nack, każdy powinien sięgnąć po ten świetny i jedyny w swoim rodzaju album.




28 lipca 2014

RECENZJA: Lykke Li - I Never Learn



Długo zastanawiałem się, co napisać o tej płycie. Czy pochwalić ją za niesamowitą spójność, świetne, przejmujące teksty, doskonałe multiinstrumentalne aranżacje, a może dojrzały, pełen ekspresji wokal Lykke Li? Stwierdziłem jednak, że najuczciwiej będzie, gdy skupię się na czymś, co powinno być najbliższe każdemu, kto choć raz zetknął się z I Never Learn. Będzie więc o emocjach towarzyszących słuchaniu tej płyty.

Otóż jest smutno. Cholernie smutno. Melancholia, ból, żal i poczucie straty wyzierają tu z niemal każdego fragmentu dowolnej piosenki. Nawet melodyjne, przestrzenne, niepozbawione popowej chwytliwości refreny utrzymują słuchacza w nastroju jakiejś dziwnej pustki - świadomości, że to, co dobre i radosne, odeszło bezpowrotnie. Na szczęście jednak cały ten smutek nie okazuje się zupełnie przytłaczający. Z czasem można się do niego przyzwyczaić, spróbować świadomie go przyjąć, a nawet - tak, jak w zamykającym album utworze "Sleeping Alone" - zastanowić się, jak można by z nim żyć. Oprócz wielu odcieni smutku nowa płyta Lykke Li pozwala również zanurzyć się w innych, znacznie przyjemniejszych emocjach. Kompozycje takie jak "No Rest for the Wicked", "Silver Line", "Gunshot" czy "Never Gonna Love Again" za każdym razem wywołują we mnie dziwną mieszankę zachwytu, natchnienia i wzruszenia. Tylko tekst tych piosenek - przejmujący, przygnębiający i pełen żalu - nie pozwala do końca zapomnieć, o czym tak naprawdę są te utwory i, w jak smutnych emocjach zostały osadzone przez autorkę.

Muszę przyznać, że rzadko zdarza się, by balladowy album mnie nie nudził, fascynował od A do Z, co i rusz dostarczał nowych, głębszych przeżyć. Ale taką właśnie płytą jest I Never Learn - płytą nie tylko emocjonalną, ale też emocjonującą, wyjątkową, spójną, przemyślaną i niezwykle dojrzałą. Z całej dyskografii Lykke Li to właśnie ten niepozorny, bo zaledwie trzydziestotrzyminutowy album zrobił na mnie największe wrażenie.




kakofoniczny
poleca

22 marca 2014

Najkrótsza płyta w historii? RECENZJA: Frankie Cosmos - Zentropy



Wyobraź sobie, że masz równo 17 minut na rozrywkę. Jak spożytkujesz ten czas? Czy zadowoli Cię obejrzenie 3/4 odcinka ulubionego sitcomu, przesłuchanie 3/8 ostatniej płyty Arctic Monkeys albo przeczytanie kilkunastu stron leżącej odłogiem książki? Jeśli nie, podsunę Ci inne rozwiązanie. W wolnej chwili sięgnij po świetny debiut Frankie Cosmos. Album Zentropy trwa dokładnie 17 minut i z powodzeniem mógłby startować w plebiscycie na najkrótszy longplay w historii. Najkrótszy, ale jednocześnie zaskakująco ciekawy, przyjemny i niesamowicie uzależniający.

Pierwszy krążek w karierze Frankie Cosmos składa się z 10 utworów. Jedna piosenka na tej płycie trwa więc średnio 1 minutę 42 sekundy. Czy coś tak krótkiego i ulotnego może wzbudzić w słuchaczu emocje, zostawić po sobie jakiś ślad i zachęcić do ponownego odsłuchania? Okazuje się, że jak najbardziej!

Głos Frankie Cosmos brzmi wdzięcznie, ciepło i przyjemnie, tak zresztą jak cała płyta artystki. Nie ma tu utworów skomplikowanych, wymagających jakiegoś szczególnego skupienia czy wyczulenia na dźwięki i słowa przewijające się w króciutkich kompozycjach. Każdy muzyczny fragment Zentropy błyskawicznie wpada w ucho i wraz z łagodnymi, przytulnymi melodiami gitar i lekką perkusją rozlewa na słuchacza nastrój beztroskiej błogości. Szczera, banalna, a jednocześnie tak cudowna muzyka Frankie Cosmos wzbudza same pozytywne emocje. Pewnie gdyby album trwał nie kilkanaście, a kilkadziesiąt minut, prostota kompozycji i bijąca od nich wesołość prędzej czy później zaczęłyby irytować. Tutaj jednak dawka przyjemności jest odpowiednio zbilansowana. Z muzyką Frankie jest trochę tak jak ze słodkim psiakiem z okładki albumu: momentalnie wywołuje uśmiech na twarzy, rozczula, ale nie sprawia, że "rzygamy tęczą". I to w Zentropy jest naprawdę wspaniałe!

Kolejną rzeczą, która w debiucie Frankie Cosmos zasługuje na uznanie, jest niesamowita wręcz spójność, konsekwencja i równość całego materiału. Nie znajdziemy tu ani jednej złej piosenki, ani jednego punktu, który nie pasowałby do reszty, który burzyłby klimat płyty i psułby jej ogólny odbiór. Oprócz doskonale wpisujących się w tę prawidłowość solidnych utworów, na Zentropy jest też kilka perełek, które znacznie wybijają się ponad resztę albumu. Taką "ponadprzeciętną" piosenką bez wątpienia jest "Buses Splash With Rain". Po melancholijnym wstępie do głosu dochodzą tu wspaniałe dźwięki gitar. Ich harmonijna melodia nadaje kompozycji niesamowitego ciepła, piękna i zwiewności. Przyjemny klimat utworu dodatkowo potęguje przytulny, pełen delikatności wokal Frankie Cosmos. Głos artystki może i nie należy do najbardziej oryginalnych, jednak drzemie w nim jakaś ujmująca autentyczność, która sprawia, że piosenki takie jak "Buses Splash With Rain" za każdym razem dostarczają słuchaczowi innego rodzaju doznań i emocji.

Omawiając najciekawsze punkty Zentropy, nie mógłbym pominąć utworów "Fireman", "Owen" oraz "Leonie". W każdej z tych piosenek oprócz wokalu Frankie słyszymy również głos niezidentyfikowanego przedstawiciela płci męskiej. Jego łagodny baryton tworzy doskonałe połączenie z wysokim, dziewczęcym wokalem artystki i w ciekawy sposób urozmaica zawartość płyty. Na duże słowa pochwały zasługuje również urocze "My I Love You"- utwór, w którym autorka Zentropy "wyciąga" najwyższe dźwięki na całej płycie. I chociaż słychać, że dochodzi tym samym do skraju swoich wokalnych możliwości - miejscami jej śpiew przeradza się bowiem w cieniutki pisk - trzeba przyznać, że czyni to z ogromną gracją, pasją i serdecznością. Poza tym "My I Love You" to oczywiście kolejna łatwa, lekka i przyjemna w odbiorze piosenka, która, mimo że trwa zaledwie półtorej minuty, dostarcza słuchaczowi ogromnej dawki ciepła i radości. 

Właściwie 17-minutowy debiut Frankie Cosmos mógłbym podsumować słowami, które przewijały się chyba w każdym akapicie tej recenzji. Lekkość, łagodność, prostota, radość, ciepło - to wszystko doskonale oddaje klimat całości Zentropy i mówi bardzo wiele o emocjach, jakie wyzwala w słuchaczu ten album. Trzeba przyznać, że ta króciutka, niepozorna płyta sprawia bardzo dobre wrażenie już po pierwszym przesłuchaniu, a z każdym kolejnym sympatia, jaką darzymy debiut Frankie Cosmos, tylko się pogłębia. Co z tego, że Zentropy trwa zaledwie 17 minut, skoro mamy tu do czynienia z porcją (właściwie porcyjką) wyjątkowej, ciekawej i jednocześnie cudownej muzyki, która idealnie sprawdza się jako melodyjny rozweselacz-instant. I tyle wystarczy, by omawiany tu longplay uznać za dzieło bardzo dobre, a może nawet rewelacyjne.



5 lutego 2014

KRÓTKA RECENZJA: Hospitality - Trouble


Nowojorczycy z Hospitality zadbali, by na ich drugiej płycie każdy znalazł coś dla siebie. Są tu świetne indie popowe kompozycje - niektóre ambitniejsze, ciekawsze, kilkakrotnie zmieniające swoje oblicze ("Nightindale"), inne lżejsze, prostsze w przekazie i bardziej chwytliwe ("I Miss Your Bones", "It's Not Serious"). Trochę miejsca na Trouble znalazło się też na subtelne eksperymenty z syntezatorami. Ich efektem są genialne "Rockets and Jets" przywołujące dokonania The Cure czy The Smiths oraz najdłuższa kompozycja na albumie - cudowne "Last Words" - zahaczająca o melancholijną stylistykę Chromatics. Jedynym mankamentem płyty wydają się powolne, monotonne i w większości przypadków zwyczajnie nudne utwory (zwłaszcza zamykające album "Sunship i "Call Me After"). Niestety psują one odbiór całości płyty jako bardzo dobrej. Co nie zmienia faktu, że warto sięgnąć po Trouble i dać mu szansę.