Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płyta. Pokaż wszystkie posty

16 lutego 2015

50 najlepszych płyt 2014 roku


Dawno temu zaczął się rok 2015, a ja ciągle siedzę w muzyce roku ubiegłego. Stwierdziłem, że trzeba coś z tym zrobić i jak najszybciej zamknąć za sobą ten nieco już zakurzony rozdział w mojej quasi-recenzenckiej karierze. Dlatego też w najprostszej możliwej formie, bez zbędnych epitetów i bez głębokich, patetycznych rozmyślań, prezentuję Wam listę 50 (moim zdaniem) najlepszych płyt 2014 roku.

19 września 2014

KRÓTKA RECENZJA: Chromeo - White Women



Chromeo to jeden z tych zespołów, które przyzwyczaiły nas do doskonałych, momentalnie wpadających w ucho singli oraz... bardzo kiepskich, nierównych i wyjątkowo kiczowatych albumów. Podobnie ma się sytuacja z White Women.

31 sierpnia 2014

RECENZJA: Little Dragon - Nabuma Rubberband



Little Dragon to zespół, który po raz pierwszy obił mi się o uszy w 2011 roku, przy okazji świetnego singla "Ritual Union". Jednak dopiero teraz - po wydaniu albumu Nabuma Rubberband - przyszło mi poznać większą część twórczości tej grupy. Lepiej późno niż wcale, prawda?

21 sierpnia 2014

PIOSENKA PO PIOSENCE: xxanaxx - Triangles



Debiutancki album xxanaxx to bez wątpienia jedna z tych płyt, na które najbardziej czekałem w 2014 roku. Oczekiwałem debiutu na światowym poziomie - klimatycznej, relaksującej elektroniki, która sprawi, że mimo błogiego stanu ducha podczas odsłuchiwania Triangles, będę miał ochotę wrzeszczeć na całe gardło: "Ludzie!!! W końcu doczekaliśmy się zespołu, którego nie musimy wstydzić się zagranicą!". Całe szczęście do takich emocjonalnych zrywów nie doszło, ale muszę przyznać, że debiut xxanaxx nie zawiódł moich oczekiwań.


1."Rescue Me"
Już pierwszy utwór na płycie zanurza słuchacza w świat czystych, magicznych i pięknie skrojonych dźwięków. Śliczny, rozmarzony wokal Klaudii Szafrańskiej pojawia się tu dopiero po półtorej minuty elektronicznego intra. Oczekiwanie na jego wejście zdecydowanie nie można jednak uznać za czas stracony. Samotnie pulsujące melodie, cyklicznie zmieniające swoje oblicze, dopełniane przez kolejne instrumentalne partie to istna uczta dla uszu. A potem jest jeszcze lepiej, przyjemniej i przytulniej.

2. "Shadows"
Ożywcze sytezatory, czyściutkie fortepianowe akordy, melodyjne smyczki, cowbell rodem z "Together" The xx - tak prezentuje się bogaty skład instrumentów umiejętnie przemyconych do piosenki nr 2 na Triangles. Wszystkie te dźwięki doskonale się dopełniają, tworząc fundamenty pod zaskakująco świeżą, melodyjną i chwytliwą kompozycję. Słowo "pop", które automatycznie nasuwa mi się po przesłuchaniu tego utworu, nie powinno wywoływać niczyjego wstrętu. To naprawdę pop najwyższej próby.

3. "Stay"
Mam duży problem z tą piosenką. Nie ulega wątpliwości, że jest piękna, pełna emocji i niezwykle ujmująca, ale wyraźnie czegoś w niej brakuje. Przed ostatnim wejściem refrenu następuje stopniowe wyciszenie i uspokojenie kompozycji. Jak każdy, spodziewam się zaraz punktu kulminacyjnego, jakiejś efektownej eksplozji dźwięków i emocji. Niestety nic takiego nie ma tu miejsca. Po raz kolejny słyszymy ten sam refren wzbogacony jedynie o przyciężkie bębny. A gdzie cokolwiek przestrzennego? Gdzie chórki? Gdzie jakakolwiek nowa linia melodyczna? Przecież miało być tak dobrze, a jednak pozostaje niedosyt...

4. "Garden"
To jedna z tych niewielu piosenek na płycie, która w ogóle nie przypadła mi do gustu. Już pierwsze dźwięki dość tandetnej marimby zdecydowanie nie zjednały sobie u mnie sympatii. Wejście łagodnego, czarującego wokalu trochę ten stan poprawiło, dając nadzieję na przyjemny, odprężający refren. Niestety gdy tylko on nadszedł, wszystko trafił jasny szlag. Nie wiadomo, skąd, dlaczego, po co - nagle odezwały się jakieś chóralne wrzaski, przywołujące najgorsze skojarzenia z zespołami pieśni i tańca albo szlagierami takimi jak "My Słowianie". W połączeniu z dźwiękami harfy i skrzypiec pod koniec utworu niestety brzmi to jak zupełnie kiczowata papka.

5. "Facing Eternity"
Na szczęście kolejny utwór daje zupełne oczyszczenie, prawdziwe katharsis. Sample z samego początku "Facing Eternity" są tak płynne, boskie, tak nieludzko piękne, że aż chciałoby się ich dotknąć i bez reszty się w nich zanurzyć. Delikatny, doskonale dopasowany do muzycznego tła wokal jeszcze bardziej potęguje wrażenie odrywania się od ziemi, szybowania w ulotnych chmurach marzeń, uczuć i pragnień. Krótko mówiąc: coś wspaniałego, piosenka-ideał!

6. "Wolves"
Niemniej okazale prezentuje się ostatni utwór z pierwszej połówki albumu. W przeciwieństwie do poprzednich, raczej radosnych i optymistycznych kompozycji, tym razem wchodzimy w mroczne klimaty witch-house'u.  Nawet w tak tajemniczej i posępnej stylistyce słodki i łagodny wokal Klaudii Szafrańskiej sprawdza się wręcz wzorcowo, tu akurat przywołując skojarzenia z głosem Megan James, wokalistki Purity Ring. Wspominając o warstwie wokalnej "Wolves", nie sposób nie wspomnieć o udziale w tym utworze Tomasza Makowieckiego. Co prawda jego wokal nie zrobił na mnie jakiegoś spektakularnego wrażenia, jednak męski głos o zupełnie innej wrażliwości to z pewnością ciekawe urozmaicenie zawartości Triangles.

7. "Oxymorons"
To jeden z tych utworów, który doskonale udowadnia, że czasem "mniej znaczy więcej". Mimo że zamiast kaskady dźwięków i kolorów "Oxymorons" stawia na stonowany minimalizm, piosence zdecydowanie nie można odmówić wyrazistości. W czym się tu ona objawia? Przede wszystkim w płynnej, niezwykle gustownej perkusji, syntezatorowych smaczkach w tle, przyjemnie nastrajającym wokalu, jak i całym misternie budowanym chilloutowym klimacie. Dlatego jeśliś spięty, czym prędzej sięgaj po ten utwór!

8. "Kingdom of Dust"
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta piosenka zwyczajnie tu nie pasuje. Po pierwsze, jest to niezbyt gustowny electropop, który w otoczeniu przeważających na płycie chillwave'owych kompozycji ma się mniej więcej jak kwiatek do kożucha. Po drugie, tempo, w jakim ten utwór został osadzony, to istna gonitwa w porównaniu do nieśpiesznej reszty albumu. No i wreszcie po trzecie, tak jak w przypadku "Garden" jest to kolejny nietrafiony kawałek, który sili się na enigmatyczność i oryginalność. Efekt - bardzo średni, żeby nie powiedzieć: kiepski.

9. "Story"
Trudno się dziwić, że właśnie ta piosenka została singlem i doczekała się porządnie zrealizowanego teledysku. Siła "Story" tkwi bowiem nie tylko w niezwykłej melodyjności i chwytliwości, lecz również w umiejętnym balansowaniu pomiędzy popową infantylnością i prostotą a typową dla "majesticowych" kompozycji świeżością i delikatnością. Poza tym to oczywiście świetny, optymistyczny utwór, który doskonale sprawdzi się w słoneczne, wakacyjne dni.



10. "Hurt Me"
Bez wątpienia jedna z moich ulubionych piosenek na całej płycie - niesamowicie klimatyczna, urokliwa, pochłaniająca słuchacza bez reszty. Wzbudza najróżniejsze emocje: od zachwytu, przez smutek, aż po jakiś dziwny rodzaj tęsknoty. I to zasługa nie tylko doskonałej muzyki - świetnego połączenia syntezatorów, fortepianu, gdzieniegdzie nawet cowbellu. Również w tekście utworu zawarte jest coś wyjątkowego, coś dotkliwie refleksyjnego. Dzięki temu "Hurt Me" wyróżnia się spośród innych piosenek na płycie i zdecydowanie zapada w pamięć.

11. "So Safe"
Mało który utwór na Triangles posiada tak trafnie dobrany tytuł jak właśnie "So Safe". Słuchając tej piosenki, trudno bowiem nie poczuć się bezpiecznym, odprężonym i obojętnym na wszystkie zewnętrze bodźce. Po raz kolejny słychać łagodne, leciutkie syntezatory, płynne perkusyjne smaczki oraz dobrze znany już cowbell. Krótko mówiąc, doskonały, leniwy chillout.

12. "Let There Be Sadness"
Niestety zamykająca album piosenka nie zapewnia przyjemnego rozstania z Triangles. "Let There Be Sadness" jest po prostu niemiłosiernie nudne i monotonne. Próżno szukać tu czegokolwiek emocjonującego, interesującego czy zaskakującego. Podobne do siebie, szare od przeciętności dźwięki zdają się ciągnąć w nieskończoność, serwując słuchaczowi pozbawioną wokalu, pseudo-ambientową kompozycję. Zieeew.

Werdykt
Bez wątpienia debiut xxanaxx nie jest najrówniejszą płytą. Nie jest albumem pozbawionym niedoróbek, wątpliwych wyborów i kilku (na szczęście tylko trzech) zwyczajnie przeciętnych piosenek. Ale niewielkie mankamenty nie mogą przesłonić przeważających mocnych stron Triangles. Pisząc "mocne strony", mam tu przede wszystkim na myśli wyjątkowy klimat tej płyty. Magiczne, rozmarzone i niezwykle odprężające melodie są tu chlebem powszednim, który, choć momentami staje się nieco czerstwy, w przeważającej części albumu utrzymuje swoją delikatną świeżość. Poza tym produkcja na tym krążku stoi na naprawdę wysokim, można by powiedzieć: światowym poziomie (tu szczególne ukłony w kierunku Michała Wasilewskiego). Dźwięk jest niezwykle czysty, wyraźny, każdemu utworowi towarzyszy niezliczona ilość instrumentów, przewijających się w tle smaczków i ciekawych, pomysłowych efektów. Jeśli więc tak ma brzmieć nasza polska odpowiedź na nieco już przebrzmiałe chillwave'owe trendy, to zdecydowanie nie mamy się czego wstydzić. Ba, powinniśmy być dumni!




28 lipca 2014

RECENZJA: Lykke Li - I Never Learn



Długo zastanawiałem się, co napisać o tej płycie. Czy pochwalić ją za niesamowitą spójność, świetne, przejmujące teksty, doskonałe multiinstrumentalne aranżacje, a może dojrzały, pełen ekspresji wokal Lykke Li? Stwierdziłem jednak, że najuczciwiej będzie, gdy skupię się na czymś, co powinno być najbliższe każdemu, kto choć raz zetknął się z I Never Learn. Będzie więc o emocjach towarzyszących słuchaniu tej płyty.

Otóż jest smutno. Cholernie smutno. Melancholia, ból, żal i poczucie straty wyzierają tu z niemal każdego fragmentu dowolnej piosenki. Nawet melodyjne, przestrzenne, niepozbawione popowej chwytliwości refreny utrzymują słuchacza w nastroju jakiejś dziwnej pustki - świadomości, że to, co dobre i radosne, odeszło bezpowrotnie. Na szczęście jednak cały ten smutek nie okazuje się zupełnie przytłaczający. Z czasem można się do niego przyzwyczaić, spróbować świadomie go przyjąć, a nawet - tak, jak w zamykającym album utworze "Sleeping Alone" - zastanowić się, jak można by z nim żyć. Oprócz wielu odcieni smutku nowa płyta Lykke Li pozwala również zanurzyć się w innych, znacznie przyjemniejszych emocjach. Kompozycje takie jak "No Rest for the Wicked", "Silver Line", "Gunshot" czy "Never Gonna Love Again" za każdym razem wywołują we mnie dziwną mieszankę zachwytu, natchnienia i wzruszenia. Tylko tekst tych piosenek - przejmujący, przygnębiający i pełen żalu - nie pozwala do końca zapomnieć, o czym tak naprawdę są te utwory i, w jak smutnych emocjach zostały osadzone przez autorkę.

Muszę przyznać, że rzadko zdarza się, by balladowy album mnie nie nudził, fascynował od A do Z, co i rusz dostarczał nowych, głębszych przeżyć. Ale taką właśnie płytą jest I Never Learn - płytą nie tylko emocjonalną, ale też emocjonującą, wyjątkową, spójną, przemyślaną i niezwykle dojrzałą. Z całej dyskografii Lykke Li to właśnie ten niepozorny, bo zaledwie trzydziestotrzyminutowy album zrobił na mnie największe wrażenie.




kakofoniczny
poleca

25 lipca 2014

RECENZJA: The Black Keys - Turn Blue



Musieli się zawieść ci, którzy od nowej płyty The Black Keys oczekiwali powrotu do prostego, blues rockowego brzmienia. Już sama okładka Turn Blue dała jasno do zrozumienia, że muzycznie będzie zupełnie inaczej niż zwykle - bardziej eksperymentalnie, kolorowo i psychodelicznie.

Pójście w nowe klimaty dla wielu zespołów kończy się katastrofą, w przypadku The Black Keys trzeba jednak odnotować spektakularne zwycięstwo. Ewolucję – żeby nie powiedzieć: rewolucję – w brzmieniu duetu doskonale ukazuje tytułowy singiel „Turn Blue”. Łagodna, przyjemnie nastrajająca gitara, wyraźnie wyeksponowany bas, lekka, nienarzucająca się perkusja Patricka Carneya oraz spokojny, nastrojowy wokal Dana Auerbacha - to wszystko daje jasno do zrozumienia, że idzie nowe. A gdy tylko wsłuchamy się uważniej, w tle wyłapiemy o wiele więcej muzycznych smaczków – począwszy od zapętlonego osobliwego bulgotania, przez co jakiś czas odzywające się smyczki, kończąc na niezwykle melodyjnym pianinie w refrenie. Trudno uwierzyć, że za tym wszystkim stoi dwóch blues rockowych wyjadaczy, prawda?

Kluczową rolę w tworzeniu Turn Blue odegrał znany ze swojego producenckiego perfekcjonizmu Danger Mouse. I od razu śpieszę donieść, że zrobił on kawał dobrej roboty. Zapewne znajdą się i tacy, którzy stwierdzą: „wręcz przeciwnie, Danger Mouse ogołocił muzykę The Black Keys z tego, co było w niej najlepsze – z prostoty, chwytliwości i niesamowitej energii”. Zgoda. Ale w zamian dał nowe, wyjątkowe brzmienie, ciekawe i – co najważniejsze – udane eksperymenty z psychodelią oraz szeroką paletę dźwięków i instrumentów (w niektórych kompozycjach wybrzmiewają syntezatory, skrzypki, a nawet instrumenty dęte).

Poza tym Turn Blue to album niesamowicie spójny i równy, pełen świetnych, zapadających w pamięć utworów (np. "In Time", "Bullet In The Brain", "Waiting On Words" czy "Gotta Get Away"). Wbrew licznym, nieprzychylnym recenzjom, moim zdaniem to jedna z najlepszych płyt tego roku. Po raz kolejny „dziewiątka” całkowicie zasłużona.

kakofoniczny
poleca

5 maja 2014

RECENZJA: Mac DeMarco - Salad Days



Dwa lata po świetnym debiucie Mac DeMarco powraca z nowym albumem. Krytycy są zachwyceni. Fani również. A ja? Na początek napiszę tylko tyle: Salad Days to krążek, który chyba najdobitniej zadaje kłam syndromowi drugiej płyty.


Charakterystyczne brzmienie
Mac DeMarco jest jednym z tych artystów, których twórczość możemy rozpoznać już po pierwszych dźwiękach dowolnej piosenki. Charakterystyczne, lekko roztrojone brzmienie gitary oraz przyjemny, łagodny bas jeszcze wspanialej dają o sobie znać na drugim albumie artysty. Fani delikatnej, nieśmiało psychodelizującej stylistyki z pewnością nie będą zawiedzeni.

Single
Wybór singli promujących album nikogo nie powinien dziwić. "Brother" oraz "Passing Out Pieces" to utwory, które od razu zapadają w pamięć, zjednują sobie sympatię słuchacza i wywołują wyjątkowe emocje. "Brother" to przede wszystkim urokliwe melodie w refrenie i niesamowita eksplozja dźwięków pod koniec utworu. Charakterystycznej roztrojonej gitarze towarzyszy tu ekspresyjny pisk artysty oraz psychodeliczny bas rodem z twórczości Tame Impali. Dzięki temu całość brzmi odprężająco, świeżo i oryginalnie.

Na jeszcze większe słowa pochwały zasługuje singiel "Passing Out Pieces" - moim zdaniem najlepsza kompozycja na płycie. Pięknie plumkające w tle syntezatory w połączeniu z subtelnym basem i przewijającą się w refrenie przytulną gitarą tworzą harmonię, w której drzemie jakiś ogromny ładunek emocji, przeżyć i prawd. Wspaniałą warstwę instrumentalną dopełnia łagodny, nienarzucający się wokal Maca DeMarco, przywołujący najlepsze skojarzenia z głosem Damona Albarna z Blur.


Syntezatorowe innowacje
Od czasu wydania debiutanckiego krążka zdominowanego przez brzmienie gitar Mac DeMarco zdążył przekonać się do syntezatorów. Ich subtelne, wysmakowane dźwięki słychać nie tylko w "Passing Out Pieces", lecz również w utworach "Chambers of Reflection" oraz "Jonny's Odyssey". "Chambers of Reflection" to odważny i - trzeba przyznać - bardzo udany krok w stronę psychodelii. Syntezatorowe tło oraz przystępny bas w połączeniu z wysokim, rozmarzonym głosem artysty pozwalają piosence "oderwać się od ziemi" i wejść w zupełnie inne, nieodkryte muzyczne rewiry.

"Jonny's Odyssey" to z kolei powrót do stylistyki, jaką oferuje reszta albumu. Jest tu charakterystyczna, zadziorna gitara. W tle słychać łagodny bas. Pojawiają się też długie dźwięki syntezatorów. Utwór może i nie robi tak piorunującego wrażenia jak poprzednio omawiane kompozycje, trzeba jednak przyznać, że jako spokojne i odprężające zamknięcie albumu sprawdza się zupełnie bez zarzutu.

Salad days, czyli młodzieńcze lata
Salad days to angielski idiom, któremu oprócz "młodzieńczych lat" towarzyszy wiele innych znaczeń, m.in: niedoświadczenie, entuzjazm, idealizm czy niewinność. Wszystkie te skojarzenia z młodością składają się na koncept albumu i doskonale wybrzmiewają zarówno w tekstach, jak i muzyce Maca DeMarco. Na płycie dominuje więc nastrój beztroskiej radości i odprężenia. Pewnie dlatego Salad Days za każdym razem słucha się tak przyjemnie.

Przytulność
Dawno nie słyszałem tak rozkosznej i przytulnej płyta jak ta, którą mam przyjemność recenznować. Z każdej kompozycji wybrzmiewa tu niesamowite ciepło, które nie opuszcza słuchacza ani na moment. Wyjątkowa twórczość Maca DeMarco pozwala w nawet najbardziej deszczowy dzień przenieść się myślami do skąpanej w słońcu laguny, gdzie czas płynie wolno, a troski odpływają wraz z powiewem orzeźwiającej morskiej bryzy. Przynajmniej ja zawsze tak to sobie wyobrażam :)

Spójność i równość
Jeśli na 11 piosenek składających się na całość albumu przypada aż 10 świetnych kompozycji utrzymanych w podobnym nastroju i stylu, płyta zdecydowanie zasługuje na miano spójnej i równej. W przypadku Salad Days zastrzeżenia mam jedynie do utworu "Let My Baby Stay", który niemiłosiernie się dłuży, jest nużący i odnoszę wrażenie, że po prostu za mało w nim Maca w Macu. Poza tym album tworzy spójną całość, która jest jak niemiecka autostrada - próżno szukać w niej jakichkolwiek dziur czy kolein. 

Werdykt
Już debiutancki albumu Maca DeMarco był ucztą dla uszu, czymś nowym, świeżym i unikalnym. Salad Days to jednak dzieło o klasę lepsze, dojrzalsze, bardziej urozmaicone, pod każdym względem pełniejsze. Nie potrafię orzec, czy album ten bardziej podoba mi się jako piękna i niezwykle spójna całość, czy jako kilka oderwanych od siebie świetnych i niezwykle urokliwych kompozycji ("Brother", "Passing Out Pieces", "Goodbye Weekend", "Chamber of Reflection" czy "Go Easy") - co do jednego jestem jednak pewien: Salad Days to bardzo dobra płyta. Pardon, rewelacyjna!



kakofoniczny
poleca

26 kwietnia 2014

KRÓTKA RECENZJA: Trust - Joyland


Co można powiedzieć o drugiej płycie Trust? Na pewno to, że są na niej tzw. momenty. Utwory "Capitol", "Icabod", "Are We Arc?" oraz "Rescue, Mister" to świetne, ciekawie zbudowane synthpopowe kompozycje, pełne emocji i zapierającego dech w piersiach, przestrzennego patosu. Od patosu do kiczu jest jednak jeden, niewielki krok. Niestety reszta kompozycji z albumu brzmi przesadnie podniośle, zwyczajnie nieprzyjemnie, a miejscami nawet groteskowo. Piosenkom takim jak "Geryon", "Joyland" czy "Peer Pressure" zdecydowanie nie pomaga specyficzny głos Roberta Alfonsa, który tylko potęguje wrażenie wszechobecnego kiczu. Tym, co jednak w głównej mierze powoduje na płycie obciach, jest sama muzyka - dobór melodii, syntezatorów, tempa i perkusyjnych rytmów. Inspiracje techno-rąbanką przywołującą najgorsze skojarzenia z obleśnymi, wiejskimi dyskotekami były dla mnie zupełnie nie do przebrnięcia. Nie będę ukrywał, że albumu jako całości słuchało się nieprawdopodobnie ciężko i uff... bardzo się cieszę, że mam to już za sobą!

P.S. Ale "Capitol" to naprawdę świetna piosenka. Bez wątpienia jeden z moich ulubionych tegorocznych singli.




14 kwietnia 2014

RECENZJA: Metronomy - Love Letters



Po dobrym, przyjemnym The English Riviera na nową, czwartą już płytę w dyskografii Metronomy przyszło nam czekać 3 lata. Love Letters nie powtórzyło sukcesu poprzednika, zarówno pod względem sprzedaży, jak i przyjęcia przez krytykę. Album nie sprostał również moim oczekiwaniom. To jednak, co było w nim wyjątkowo kiepskie i nieciekawe, zostawię sobie na koniec tej recenzji. Na wstępie zaś skupię się na tym wszystkim, co w Love Letters zdecydowanie mogło się podobać.


"Boy Racers"
Najlepsza kompozycja na płycie. Utwór genialny pod każdym względem. Płynne, czyste dźwięki nadają mu wyjątkowego, kosmicznego wręcz klimatu. Całość piosenki można zresztą porównać do fascynującej podróży w najdalsze zakątki kosmosu. Na początek odkrywamy futurystyczne syntezatory, następnie rytmicznie wybijaną perkusję, a na sam koniec do nieziemskiej harmonii dźwięków dołącza osobliwa, ale jednocześnie wyjątkowo melodyjna gitara. Jednym słowem: cudo!   

Single
Na początku zupełnie nie byłem przekonany do promujących album singli "I'm Aquarius" oraz "Love Letters". Obie piosenki cechuje niebywała powtarzalność - w "I'm Aquarius" objawiająca się w zapętlonym przez niemal cały utwór "ziu tu tu a", z kolei w tytułowym "Love Letters" mamy do czynienia z co i rusz powtarzającym się wrzaskiem "Looooove Leeeeters". Jednak po kilku przesłuchaniach to, co było dla nas irytujące, przechodzi na dalszy plan. W "I'm Aquarius" należy docenić wyjątkowy klimat utworu i wszystkie te elektroniczne ozdobniki subtelnie przewijające się w tle kompozycji. Z kolei w "Love Letters" na pochwałę zasługuje przyjemny, radosny nastrój, prosta i wyjątkowo przytulna aranżacja, a także doskonała symbioza głosów Josepha Mounta (frontmana Metronomy) oraz Anny Prior (perkusistki zespołu).

Spójność
Love Letters to kolejna płyta Metronomy, która od początku do końca jest spójną, logiczną całością. Zarówno instrumentalnie, jak i stylistycznie wszystko "trzyma się tu kupy". Kolejne utwory, nawet jeżeli różnią się nieco nastrojem czy tempem, płynnie w siebie przechodzą, nie zostawiając w słuchaczu wrażenia chaosu. Nic nie jest tu szarpane, gwałtowne czy wytrącające z równowagi. Dla muzycznych purystów płyta niemal idealna.

"Reservoir" i kilka niezłych utworów
"Reservoir" to bez wątpienia jedna z moich ulubionych piosenek na albumie. Proste muzyczne tło pełne syntezatorowych smaczków doskonale współgra z delikatnym, nienarzucającym się głosem Mounta. Utwór daje słuchaczowi dużą przyjemność i doskonale wpisuje się w stonowaną koncepcję albumu. Jeśli miałbym wskazać jeszcze jakieś pozytywne punkty Love Letters, z pewnością wymieniłbym utwory "The Most Immaculate Haircut" - głównie za melodyjny refren i orzeźwiające odgłosy wody, oraz "Never Wanted" - za liryczne nawiązania do "I'm Aquarius" oraz urokliwe, minimalistyczne i wyciszające rozwiązanie płyty.

Fatalne piosenki
Jak łatwo można się domyślić, od tego punktu zaczynam zrzędzenie, czyli wytykanie wszystkich tych elementów Love Letters, które zasługują na bezwzględną krytykę. Na początek - najgorsze piosenki. Wychodzę z założenia, że utwór otwierający album powinien być dobry, intrygujący i zdecydowanie zachęcać do posłuchania dalszej części krążka. Niestety "The Upsetter" jest piosenką nie tylko nudną i nijaką, lecz także zwyczajnie nieprzyjemną. Głos Josepha Mounta brzmi tutaj tak, jakby frontman Metronomy postawił sobie za cel zaśpiewanie najgorzej, jak tylko się da. I trzeba przyznać, że doskonale mu się to udało. Rodzący się w bólach, okrutnie zawodzący wokal Mounta jest tu naprawdę nie do zniesienia. Niesie udrękę, irytację i zwyczajne obrzydzenie. Niestety utwór "Montrous" cierpi na podobną przypadłość jak "The Upsetter". Problem w tym, że oprócz kiepskiego wokalnego wykonania mamy tu do czynienia z wyjątkowo okropną, pozbawioną gustu aranżacją. Syntezatory brzmią tu tak, jakby wyszły spod ręki weselnej kapeli spod Pcimia. Gdyby chociaż te wieśniackie dźwięki rozwinęły się w cokolwiek ciekawego, oryginalnego, zaskakującego... Ale nie - lepiej przez cały utwór grać tę samą melodię doprowadzającą słuchacza do szewskiej pasji. Ot, taki brak pomysłu. I taki brak gustu.      

Pastelowa nuda
Co charakteryzuje Love Letters? Niestety w dużej mierze nuda. Niewiele jest tu momentów ekscytujących czy w jakikolwiek sposób zaskakujących słuchacza. Poza kilkoma dobrymi i bardziej wyrazistymi piosenkami całość albumu prezentuje się przesadnie pastelowo i nijako. Co z tego, że większości utworów słucha się z dużą przyjemnością, skoro nie wzbudzają one większych emocji i nie zostają w pamięci słuchacza na dłużej niż kilka minut.

Regres
Trudno oprzeć się wrażeniu, że poprzedni krążek Metronomy - The English Riviera - był albumem pod każdym względem ciekawszym, przyjemniejszym i bardziej wysmakowanym. Oczywiście i tam znalazły się gorsze momenty, przez które ciężko mi było przebrnąć (patrz "Some Written"), ale jako całość Riviera robiła jak najbardziej pozytywne wrażenie. Przebojowe melodie, ciekawy koncept i wspaniałe, wymyślne aranżacje - niestety tego wszystkiego, co było atutem krążka z 2011 roku, w dużej mierze zabrakło na tegorocznym Love Letters. Mimo genialnego "Boy Racers", dobrych singli i kilku niezłych utworów, grupa Metronomy zaliczyła zauważalny regres w swojej twórczości. Oby następnym razem było lepiej!




5 kwietnia 2014

KRÓTKA RECENZJA: Eagulls - Eagulls



"Post-punk wraca do łask!" - aż chciałoby się krzyknąć, patrząc na to, co ostatnimi czasy dzieje się na gitarowej scenie alternatywnej. Po świetnych debiutach Have a Nice Life, The Soft Moon czy Savages do grona współczesnych artystów inspirujących się muzyką Joy Division dołączają Anglicy z Eagulls. Ich debiutancki album to hybryda post-punkowego brzmienia i punk rockowego wrzasku. Z każdego utworu bije tu niesamowita energia, bezkompromisowość i odpowiedni dla gatunku chłód. Mimo wielu podobieństw do Joy Division, panowie z Eagulls zdecydowanie odrzucają surowość form, typową niegdyś dla ekipy Iana Curtisa. Ich kompozycje są bardziej przestrzenne, epickie i po prostu bogatsze w dźwięki. To, co zwraca uwagę na debiutanckim albumie Eagulls, to również brak jakichkolwiek spokojniejszych utworów. Każda z piosenek forsuje tu zabójcze tempo i ani na moment nie pozwala słuchaczowi wyrwać się z ekscytującego gitarowego transu.

Na debiucie Anglików próżno szukać jakichkolwiek słabszych punktów. Wszystko brzmi tu niesamowicie świeżo, ekspresyjnie i od początku do końca cholernie dobrze. Panowie z Eagulls w doskonały sposób łączą w swojej muzyce to, co w post-punku było najlepsze z tym wszystkim, czego brakowało temu gatunkowi (przynajmniej na etapie Joy Division). Jest tu więc nie tylko gitarowy chłód, lecz również porażająca energia i niesamowity rozmach, które czynią debiut Eagulls wyjątkowym i rewelacyjnym pod każdym możliwym względem. Krótko mówiąc, "dziewiątka" całkowicie zasłużona!


kakofoniczny
poleca

26 marca 2014

KRÓTKA RECENZJA: Blood Red Shoes - Blood Red Shoes



Niestety w muzyce Blood Red Shoes nie ma niczego, czego już kiedyś byśmy nie słyszeli. Damsko-męski duet konsekwentnie stawia na mocne gitarowe brzmienie, energiczną, głośną perkusję oraz krzykliwy wokal. Trudno tu więc mówić o jakichkolwiek innowacjach w podejściu do rockowego grania. Trzeba jednak przyznać, że czwartego albumu Anglików słucha się z dużą przyjemnością. Gitarowe riffy są ostre, brudne i niesamowicie energetyczne. Przy kompozycjach takich jak "Everything All At Once", "An Animal" czy "Don't Get Caught" można potupać sobie nóżką, postukać dłonią o powierzchnię najbliższego biurka, parapetu czy stołu, a nawet powymachiwać głową tak, jakbyśmy byli na żywiołowym koncercie. O wiele mizerniej prezentują się utwory, w których zamiast (lub obok) pełnego mocy męskiego wokalu, słyszymy głos gitarzystki Laury-Mary Carter. "Stranger", "Speech Coma" czy "Tightwire" to piosenki, które brzmią jak gorsza wersja muzyki The Kills - z pozbawioną wyrazu imitacją Alison Mosshart za mikrofonem. Niestety głos Laury jest po prostu niewyraźny, nudny i irytujący. Tam, gdzie na pierwszy plan wychodzą głośne gitary, jej wokal brzmi jeszcze całkiem znośnie. Kiedy jednak dany utwór w dużej mierze opiera się na wyśpiewanych przez gitarzystkę melodiach, całość zaczyna się rozłazić i tracić na atrakcyjności. Całe szczęście takich marnych, rozczarowujących punktów na Blood Red Shoes jest zaledwie kilka. Większość piosenek trzyma odpowiedni poziom i daje słuchaczowi to wszystko, czego oczekuje się od porządnej, rockowej muzyki. Jest energia. Jest moc. I jest bunt. Bunt, co prawda wtórny i niezbyt autentyczny, no ale lepsze to, niż nic. 



22 marca 2014

Najkrótsza płyta w historii? RECENZJA: Frankie Cosmos - Zentropy



Wyobraź sobie, że masz równo 17 minut na rozrywkę. Jak spożytkujesz ten czas? Czy zadowoli Cię obejrzenie 3/4 odcinka ulubionego sitcomu, przesłuchanie 3/8 ostatniej płyty Arctic Monkeys albo przeczytanie kilkunastu stron leżącej odłogiem książki? Jeśli nie, podsunę Ci inne rozwiązanie. W wolnej chwili sięgnij po świetny debiut Frankie Cosmos. Album Zentropy trwa dokładnie 17 minut i z powodzeniem mógłby startować w plebiscycie na najkrótszy longplay w historii. Najkrótszy, ale jednocześnie zaskakująco ciekawy, przyjemny i niesamowicie uzależniający.

Pierwszy krążek w karierze Frankie Cosmos składa się z 10 utworów. Jedna piosenka na tej płycie trwa więc średnio 1 minutę 42 sekundy. Czy coś tak krótkiego i ulotnego może wzbudzić w słuchaczu emocje, zostawić po sobie jakiś ślad i zachęcić do ponownego odsłuchania? Okazuje się, że jak najbardziej!

Głos Frankie Cosmos brzmi wdzięcznie, ciepło i przyjemnie, tak zresztą jak cała płyta artystki. Nie ma tu utworów skomplikowanych, wymagających jakiegoś szczególnego skupienia czy wyczulenia na dźwięki i słowa przewijające się w króciutkich kompozycjach. Każdy muzyczny fragment Zentropy błyskawicznie wpada w ucho i wraz z łagodnymi, przytulnymi melodiami gitar i lekką perkusją rozlewa na słuchacza nastrój beztroskiej błogości. Szczera, banalna, a jednocześnie tak cudowna muzyka Frankie Cosmos wzbudza same pozytywne emocje. Pewnie gdyby album trwał nie kilkanaście, a kilkadziesiąt minut, prostota kompozycji i bijąca od nich wesołość prędzej czy później zaczęłyby irytować. Tutaj jednak dawka przyjemności jest odpowiednio zbilansowana. Z muzyką Frankie jest trochę tak jak ze słodkim psiakiem z okładki albumu: momentalnie wywołuje uśmiech na twarzy, rozczula, ale nie sprawia, że "rzygamy tęczą". I to w Zentropy jest naprawdę wspaniałe!

Kolejną rzeczą, która w debiucie Frankie Cosmos zasługuje na uznanie, jest niesamowita wręcz spójność, konsekwencja i równość całego materiału. Nie znajdziemy tu ani jednej złej piosenki, ani jednego punktu, który nie pasowałby do reszty, który burzyłby klimat płyty i psułby jej ogólny odbiór. Oprócz doskonale wpisujących się w tę prawidłowość solidnych utworów, na Zentropy jest też kilka perełek, które znacznie wybijają się ponad resztę albumu. Taką "ponadprzeciętną" piosenką bez wątpienia jest "Buses Splash With Rain". Po melancholijnym wstępie do głosu dochodzą tu wspaniałe dźwięki gitar. Ich harmonijna melodia nadaje kompozycji niesamowitego ciepła, piękna i zwiewności. Przyjemny klimat utworu dodatkowo potęguje przytulny, pełen delikatności wokal Frankie Cosmos. Głos artystki może i nie należy do najbardziej oryginalnych, jednak drzemie w nim jakaś ujmująca autentyczność, która sprawia, że piosenki takie jak "Buses Splash With Rain" za każdym razem dostarczają słuchaczowi innego rodzaju doznań i emocji.

Omawiając najciekawsze punkty Zentropy, nie mógłbym pominąć utworów "Fireman", "Owen" oraz "Leonie". W każdej z tych piosenek oprócz wokalu Frankie słyszymy również głos niezidentyfikowanego przedstawiciela płci męskiej. Jego łagodny baryton tworzy doskonałe połączenie z wysokim, dziewczęcym wokalem artystki i w ciekawy sposób urozmaica zawartość płyty. Na duże słowa pochwały zasługuje również urocze "My I Love You"- utwór, w którym autorka Zentropy "wyciąga" najwyższe dźwięki na całej płycie. I chociaż słychać, że dochodzi tym samym do skraju swoich wokalnych możliwości - miejscami jej śpiew przeradza się bowiem w cieniutki pisk - trzeba przyznać, że czyni to z ogromną gracją, pasją i serdecznością. Poza tym "My I Love You" to oczywiście kolejna łatwa, lekka i przyjemna w odbiorze piosenka, która, mimo że trwa zaledwie półtorej minuty, dostarcza słuchaczowi ogromnej dawki ciepła i radości. 

Właściwie 17-minutowy debiut Frankie Cosmos mógłbym podsumować słowami, które przewijały się chyba w każdym akapicie tej recenzji. Lekkość, łagodność, prostota, radość, ciepło - to wszystko doskonale oddaje klimat całości Zentropy i mówi bardzo wiele o emocjach, jakie wyzwala w słuchaczu ten album. Trzeba przyznać, że ta króciutka, niepozorna płyta sprawia bardzo dobre wrażenie już po pierwszym przesłuchaniu, a z każdym kolejnym sympatia, jaką darzymy debiut Frankie Cosmos, tylko się pogłębia. Co z tego, że Zentropy trwa zaledwie 17 minut, skoro mamy tu do czynienia z porcją (właściwie porcyjką) wyjątkowej, ciekawej i jednocześnie cudownej muzyki, która idealnie sprawdza się jako melodyjny rozweselacz-instant. I tyle wystarczy, by omawiany tu longplay uznać za dzieło bardzo dobre, a może nawet rewelacyjne.



16 marca 2014

RECENZJA: Angel Olsen - Burn Your Fire for No Witness



Na swoim drugim albumie Angel Olsen udowadnia, że nie jest typową dziewczyną z gitarą. Równie dobrze radzi sobie w spokojnej, akustycznej stylistyce, co w błyskotliwym indie rocku. W efekcie Burn Your Fire for No Witness w zakresie łagodnego gitarowego grania jest płytą różnorodną i ciekawą. Ale czy aby na pewno dobrą i wartościową?

Co łączy ostatnie albumy Kasabian, Queens of the Stone Age czy Tame Impala? Otóż każdą z tych płyt otwiera piosenka nudna, monotonna i w żaden sposób nieoddająca potencjału całości krążka. Podobnie jest z Burn Your Fire for No Witness oraz utworem "Unfucktheworld". Piosence nie można co prawda odmówić bijącego od niej ciepła, ujmującej prostoty i zawartej w tekście rozczulającej naiwności, jednak w odniesieniu do tego, co Angel Olsen oferuje nam w dalszej części albumu, "opener" wypada naprawdę blado. 

Nieco rozczarowujący początek płyty błyskawicznie rekompensuje nam pełne energii "Forgiven/Forgotten". Drapieżny charakter utworu jest tu zasługą nie tylko brudnego brzmienia gitar i mocno wyeksponowanej perkusji, lecz również bezpośredniego, gwałtownego i pełnego sprzeczności tekstu oraz sposobu, w jaki artystka śpiewa o targających ją uczuciach. Mimo że piosenka opowiada o miłości, głos Angel Olsen brzmi tutaj zaskakująco ostro i bezwzględnie, zwłaszcza przy frazach "If there's one thing I fear/ There's one thing I fear/ It's knowing you're around/ So close but not here". Warstwa liryczna "Forgiven/Forgotten" nie opowiada bowiem o miłości pięknej, gorącej, usłanej różami, lecz o uczuciu, które najchętniej puściłoby się w niepamięć, uczuciu zranionym, do którego wraca się z bólem i żalem, uczuciu, które pozostawia po sobie ogromny chaos. Ten emocjonalny rollercoaster najlepiej ukazują słowa "I've wasted my time/ Making up my mind/ I don't know anything/ I don't know anything/ I don't know anything/ But I love you". Miłość ostatecznie więc wraca tu do głosu. Podobnie jak zresztą sympatia do Angel Olsen i jej wyjątkowej muzyki. Po odsłuchaniu świetnego "Forgiven/Forgotten" i kolejnych piosenek na płycie ta sympatia tylko się pogłębia.

Takich bardziej elektrycznych, niż akustycznych brzmień, bardziej indie rockowych niż indie folkowych kompozycji jest na Burn Your Fire for No Witness znacznie więcej. Jedna z nich - "High & Wild" - pod wieloma względami przypomina "Forgiven/Forgotten". Utworowi towarzyszą podobne emocje, identyczne niemal brzmienie gitar oraz tekst zahaczający o podobną tematykę. Całość urozmaicają przyjemne dźwięki wysokich akordów fortepianu. I naprawdę tyle wystarczy, by z czystym sumieniem uznać tę piosenkę za dobrą. Nawet jeśli "High & Wind" nie forsuje zbyt szybkiego tempa, a głos Angel Olsen brzmi tu bardziej melancholijnie, całość utworu jest równie ciekawa i melodyjna, co "Forgiven/Forgotten". No i ta instrumentalna eksplozja dźwięków na końcu... Naprawdę przyjemna piosenka.

Kolejnym indie rockowym punktem Burn Your Fire for No Witness, który zasługuje na oddzielny akapit, jest utwór "Stars". Nieregularne, szarpane rytmy w refrenie, pięknie zawodzący (tak, ten oksymoron jest tu naprawdę uzasadniony) głos Angel Olsen i niesamowite emocje wybrzmiewające zarówno w muzyce, jak i tekście - to wszystko czyni tę piosenkę świetną i wyjątkową. Od "Stars" bije jakieś osobliwe ciepło - czułe i jednocześnie smutne, rozweselające i zarazem przygnębiające.

Podobne emocje towarzyszą też słuchaniu "Lights Out" - utworu prostego, przytulnego, ale jednocześnie trochę melancholijnego. Harmonia łagodnego brzmienia gitary, mocno wyeksponowanego basu, spokojnej perkusji i pięknego głosu artystki brzmi tu nieprawdopodobnie ciepło, przyjemnie i kojąco. W bardziej szorstką stylistykę wchodzi za to numer 3. na albumie, czyli utwór "Hi-Five". Wybrzmiewa w nim specyficzne, trochę kostropate brzmienie gitary, gdzieniegdzie głos Angel Olsen zawodzi przy wyższych dźwiękach - krótko mówiąc, jest osobliwie i ryzykownie. Pomimo tego, "Hi-Five" słucha się z dużą przyjemnością. Jest w tej piosence coś, co zawsze wywołuje u mnie uśmiech i wprowadza w dobry nastrój.

Czy powolna, akustyczna strona Burn Your Fire for No Witness jest równie dobra, jak ta "elektrycznogitarowa", energiczna - omówiona w poprzednich akapitach? I tak, i nie. "Iota" to bardzo ładna, zwiewna piosenka, ale raczej nie wzbudza większych emocji. Nie ma w niej nic, co kazałoby wielokrotnie wracać do tego utworu i odkrywać go na nowo. Pod tym względem jeszcze gorzej jest z "Enemy" - zdecydowanie najgorszym punktem całego albumu, właściwie jedyną jednoznacznie złą kompozycją na Burn Your Fire for No Witness. Niemiłosiernie się ciągnie, ciągle utrzymuje na jednym, nudnym poziomie emocjonalnym i nie rozwija w absolutnie nic godnego uwagi. To tyle jeśli chodzi o "nie".

Z drugiej jednak strony mamy trzy akustyczne piosenki, które zdecydowanie podnoszą wartość płyty. Pierwszą z nich jest majestatyczne "White Fire" - najdłuższa, ale jednocześnie najwspanialsza kompozycja na albumie. Co czyni ją tak wyjątkową? Przede wszystkim prostota, minimalizm oraz surowość, którą przełamuje dopiero wejście gładkiego, łagodnego i nieskazitelnego głosu Angel Olsen. W efekcie "White Fire" zabiera słuchacza we wspaniałą, wzruszającą podróż po archipelagu najróżniejszych emocji - od nadziei, przez niepokój, po smutek i przygnębienie. Kompozycją równie cudowną, wywołującą u mnie gęsią skórkę jest "Dance Slow Decades". Dojście do pięknego punktu kulminacyjnego zwiastuje tu: wykonująca rytmiczne crescendo perkusja, łagodnie przygrywająca gitara oraz przyjemnie współgrające z całością pianino. Na pochwałę zdecydowanie zasługuje również zamykające album "Windows" - utwór szlachetny, lekki i wyciszający. Dla niektórych może urosnąć do rangi oczyszczającego z emocji katharsis, dla innych będzie zapewne tylko kolejną przyjemną, uroczą piosenką - tak czy inaczej w roli klamry spinającej Burn Your Fire for No Witness "Windows" sprawdza się naprawdę doskonale.

No i teraz czas na najtrudniejszą część każdej recenzji - podsumowanie. Drugi album Angel Olsen nie jest dziełem skomplikowanym, szokującym rozmachem czy mnogością form. Burn You Fire for No Witness zdecydowanie stawia na prostotę i właśnie to w tej płycie jest najwspanialsze. Prostymi środkami artystka przekazuje moc emocji, doświadczeń i pokazuje, że wystarczy tworzyć szczerą, autentyczną i bliską swojemu sercu muzykę, by zjednać sobie sympatię słuchacza. Płyty słuchało mi się z ogromną przyjemnością. Niewiele było tu punktów słabych, proszących się o przerwanie, przewinięcie lub przełączenie na następną piosenkę. Kilka utworów zadziało na mnie mocniej niż myślałem, wzbudziło ogromne emocje, wzruszyło, wywołało gęsią skórkę, niekiedy nawet czułem ciarki na plecach.

Nie da się ukryć, że Angel Olsen stworzyła naprawdę bardzo dobry, spójny album, który zasługuje na duże uznanie. Czy jednak Burn Your Fire for No Witness okaże się płytą wartościową i zostanie w świadomości słuchaczy na długo? Tego nie wiem i chyba nikt nie potrafi tego orzec. Póki co, drugi album artystki umościł się wśród moich ulubionych albumów ostatnich miesięcy i już teraz wieszczę mu wysokie miejsca w wielu muzycznych podsumowaniach 2014 roku.


kakofoniczny
poleca

22 lutego 2014

KRÓTKA RECENZJA: Bombay Bicycle Club - So Long, See You Tomorrow



Czwarty album Bombay Bicycle Club to odejście od indie folkowej, akustycznej stylistyki i wyraźne postawienie na eksperymenty. Po raz pierwszy w twórczości Anglików pojawiają się syntezatory, gdzieniegdzie słychać automat perkusyjny, sample - krótko mówiąc, jest bardziej elektronicznie niż kiedykolwiek. Nowe brzmienie zespołu najlepiej oddają single "Carry Me" i "Luna", które swoją chwytliwością i przebojowością wyniosły So Long, See You Tomorrow na szczyt brytyjskiego notowania. Na pochwałę zasługują też otwierające album "Overdone" i "It's Alright Now", a także ciekawe, lekkie i nieprawdopodobnie przyjemne "Come To" - najlepsza moim zdaniem kompozycja na całej płycie. Niestety panowie z Bombay Bicycle Club nagrali też kilka gorszych utworów ("Eyes Off You", "Home By Now"), których powolność i nijakość jest najwyraźniej echem ich poprzednich albumów. Całe szczęście kiepskie punkty So Long, See You Tomorrow nie przesłaniają tych dobrych, przyjemnych i pozytywnie nastrajających. Całość albumu może i nie zachwyca, ale na pewno zasługuje na posłuchanie i docenienie innowacji, jakie dokonały się w brzmieniu "bombajczyków".



21 lutego 2014

RECENZJA: You Blew It! - Keep Doing What You're Doing



Na swoim debiutanckim albumie panowie z You Blew It! postanowili połączyć dwa gatunki, których szczerze nie znoszę, a więc emo rock i punk pop. Spodziewałem się, że taka mieszanka szybko odrzuci mnie od Keep Doing What You're Doing, było jednak zupełnie inaczej. W muzyce Amerykanów (prawie w ogóle) nie znalazłem ani obleśnego brzmienia gitar, ani zawodzącego głosu zmanierowanego emo-wokalisty. Wszystko brzmiało zaskakująco dobrze i obiecująco. Do czasu...

Trzeba przyznać, że początek płyty jest naprawdę świetny. Utwory "Match & Tinder" oraz "Award of the Year Award" dają ogromny zastrzyk energii. Instrumentalnie nie ma tu miejsca na skomplikowane, wyszukane aranżacje, nowatorskie pomysły czy cokolwiek oryginalnego. Ale nie o to tu przecież chodzi. Od samego początku You Blew It! konsekwentnie stawiają na prostotę przekazu, emocje i energię. Głośne, przyjemnie grające gitary robią świetną robotę w budowaniu charakterystycznego, świeżego brzmienia. Na pochwałę zasługuje również wyrazisty, ekspresyjny i pełen pasji wokal. Słychać, że wokalista śpiewa całym sercem i zdecydowanie się nie oszczędza, zdzierając swoje struny głosowe przy każdej możliwej okazji.

Trzeci utwór na płycie daje słuchaczowi oddech, chwilę spokoju, odprężenia. Na "Strong Island" zamiast eksplodujących głośnymi dźwiękami gitar, prymat wiedzie mocno wyeksponowany bas. Utwór nie forsuje szybkiego tempa. Widać, że aspiruje do roli nastrojowej, rockowej ballady i myślę, że ten cel panom z You Blew It! doskonale udało się osiągnąć. Nawet wokalista postanowił dostosować się do łagodnego klimatu kompozycji i zamiast bezwzględnie się wydzierać, śpiewa w bardziej opanowany i ugłaskany sposób.Niestety od "Regional Dialect" - czwartego numeru z Keep Doing What You're Doing - wszystko zaczyna się psuć. Utwór jest niczym jak wtórną kopią poprzedzającego go "Strong Island". Wszystko - począwszy od charakteru piosenki, jej budowy, kończąc na melodii - brzmi tu rażąco podobnie, żeby nie powiedzieć identycznie. Słysząc towarzyszący zwrotce bas, trudno oprzeć się wrażeniu, że panom z You Blew It! zwyczajnie zabrakło weny i zamiast wymyślić nową linię melodyczną, użyli tej z poprzedniego utworu. Pomijając kwestię rażących podobieństw, "Regional Dialect" jest po prostu marną piosenką, która nie wnosi do albumu niczego nowego, ciekawego czy zaskakującego.

Niestety następny utwór z Keep Doing What You're Doing, a więc "House Adress", zawodzi jeszcze bardziej. Zwrotki opierają się tu na tym samym motywie, co poprzednie piosenki. Słyszymy łagodny wokal, spokojne gitary, lekką perkusję - krótko mówiąc, znowu ma być nastrojowo. Za to chwilę później nadchodzi gitarowe przejście i... Bum! Gwałtowne zerwanie z balladową konwencją. Wrzask. Eksplodujące gitary. Naparzająca z całej siły perkusja. Na brak wrażeń zdecydowanie nie można narzekać. Czy jednak wyjące w refrenie gitary i fatalnie brzmiący ryk wokalisty to wrażenia, które wystawiają dobre świadectwo tej piosence? Nie sądzę...

Druga połowa albumu niestety również nie rozpieszcza - ba, miejscami jest jeszcze gorsza niż pierwsza. Większość utworów zlewa się tu w jedną, nijaką całość, pełną motywów, które już słyszeliśmy i które już niczym nie są w stanie nas zaskoczyć. "A Different Kind of Kindling" to jedna z gorszych i bardziej wtórnych kompozycji na całej płycie. "Rock Springs" jest nudne, jednostajnie i nie rozwija się w nic, co mogłoby choć na chwilę zainteresować słuchacza. Ósmy kawałek z Keep Doing What You're Doing - "You & Me & Me" - swoją charyzmą i błyskotliwością nie dorównuje nawet kompozycjom You Me at Six - jednej z najgorszych "rockowych" kapel naszych czasów. Na szczęście dwa zamykające album utwory - "Gray Matter" i "Better to Best" - przynajmniej próbują dać jakiś powiew świeżości i trzeba przyznać - brzmią całkiem przyjemnie i ciekawie.

"You Blew It" znaczy po angielsku mniej więcej tyle, co "dałeś ciała", "spaprałeś to", "schrzaniłeś". Odniesienie tego określenia do debiutanckiego albumu Amerykanów byłoby dużą złośliwością, jednak te słowa chyba najlepiej podsumowują całość płyty. Wszystko zapowiadało się dobrze, nastrajało dużym optymizmem, pierwsze piosenki z Keep Doing What You're Doing naprawdę dawały nadzieję na dobry, energetyczny album. Niestety panowie z You Blew It! postanowili zaprzepaścić dobre pierwsze wrażenie i zamiast świeżych, pełnych energii kompozycji, nagrali zbyt dużo utworów przeciętnych, nijakich i trochę jakby robionych na siłę. W efekcie, całość albumu nie wzbudza większych emocji, a jeśli już wzbudza, to raczej te negatywne.





5 lutego 2014

KRÓTKA RECENZJA: Hospitality - Trouble


Nowojorczycy z Hospitality zadbali, by na ich drugiej płycie każdy znalazł coś dla siebie. Są tu świetne indie popowe kompozycje - niektóre ambitniejsze, ciekawsze, kilkakrotnie zmieniające swoje oblicze ("Nightindale"), inne lżejsze, prostsze w przekazie i bardziej chwytliwe ("I Miss Your Bones", "It's Not Serious"). Trochę miejsca na Trouble znalazło się też na subtelne eksperymenty z syntezatorami. Ich efektem są genialne "Rockets and Jets" przywołujące dokonania The Cure czy The Smiths oraz najdłuższa kompozycja na albumie - cudowne "Last Words" - zahaczająca o melancholijną stylistykę Chromatics. Jedynym mankamentem płyty wydają się powolne, monotonne i w większości przypadków zwyczajnie nudne utwory (zwłaszcza zamykające album "Sunship i "Call Me After"). Niestety psują one odbiór całości płyty jako bardzo dobrej. Co nie zmienia faktu, że warto sięgnąć po Trouble i dać mu szansę.



The Cure wracają z nowym albumem!




The Cure ogłosili, że w tym roku planują wydać nowy album. Ostatnie dzieło w dyskografii zespołu ukazało się w 2008 r. i nosiło nazwę 4:13 Dream. Według doniesień prasowych nowy materiał - zatytułowany 4:14 Scream - powstał przy okazji nagrywania poprzedniej płyty.

Przy okazji wydania czternastego już albumu studyjnego w dyskografii The Cure, w tym roku ukazać ma się również koncertowe DVD z nadchodzącej trasy koncertowej zespołu. Ekipa Roberta Smitha planuje także zagrać w tym roku specjalny koncert, na którym w całości odegrane zostaną trzy słynne albumy Anglików: The Top, The Head on the Door oraz Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me. Taka obszerna setlista potrwa co najmniej 2,5 godziny. Nieładnie jest wypominać artystom wieku, szczególnie artystom tak zasłużonym jak Robert Smith, ale dla faceta grubo po pięćdziesiątce taki maraton będzie nie lada wyzwaniem.


O tym, w jakiej formie są panowie The Cure, szczęśliwcy, którym udało się kupić bilety na pierwsze od dłuższego czasu występy zespołu, przekonają się 28 i 29 marca. Odbędą się wówczas dwa charytatywne koncerty w słynnym Royal Albert Hall w Londynie w ramach Teenage Cancer Trust.

4 lutego 2014

RECENZJA: Arctic Monkeys - Whatever People Say I Am, That's What I'm Not



Wokół debiutanckiej płyty Arctic Monkeys urósł pewien mit. W momencie wydania Whatever People Say I Am, That's What I'm Not kolejne czasopisma prześcigały się w zachwytach nad tym albumem i płomiennych deklaracjach, że oto na naszych oczach rodzi się najważniejszy zespół ostatnich lat. "Album roku!" - jednym głosem grzmiały redakcje Time, NME czy Hot Press. "Najlepsza Brytyjska Grupa", "Najlepszy Brytyjski Album" - w tych kategoriach panowie z Arctic Monkeys zgarnęli w 2007 roku prestiżowe Brit Awards. "5 najlepszy brytyjski album w historii!" - tak debiut Anglików sklasyfikował New Musical Express. Czy jednak Whatever People Say I Am, That's What I'm Not na wszystkie te wyróżnienia zasłużyło? Czy to naprawdę tak świetna i przełomowa płyta?


W klimat energetycznego, pełnego młodzieńczej świeżości debiutu Arctic Monkeys wprowadza nas genialne "The View from the Afternoon". Mocnemu gitarowemu brzmieniu towarzyszą tu wybijane z niesamowitym wigorem rytmy, których zaraźliwa żywiołowość równie mocno daje o sobie znać w następujących po sobie singlach "I Bet You Look Good on the Dancefloor" i "Fake Tales of San Francisco".

Pierwszy z nich na stałe wpisał się już do kanonu brytyjskiego rocka. Frazy "I bet that you look good on the dancefloor" czy "Dancing to electro-pop like a robot from 1984" są dla Brytyjczyków tak kultowe, że pojawiają się na nadrukach T-shirtów i przewijają w treści internetowych memów. Przywiązanie do tego utworu nikogo jednak nie powinno dziwić.

"I Bet You Look Good on the Dancefloor" to bez wątpienia jedna z najlepszych kompozycji w całej twórczości zespołu - buntownicza, błyskotliwa i pełna nieokiełznanej młodzieńczej energii. Jest w niej wszystko, co najlepsze w starych, dobrych Arktycznych Małpach, a więc - głośny, zachrypnięty wokal Alexa Turnera, mocne, typowo rockowe brzmienie gitar i charakterystyczna, pędząca w zawrotnym tempie perkusja Matta Heldersa.

Podobnych, żywiołowych utworów znajduje się na Whatever People Say I Am, That's What I'm Not całe mnóstwo. Choć większość z nich utrzymana jest w zbliżonej do siebie stylistyce, każdy wnosi do albumu coś nowego, świeżego i niepowtarzalnego. Pełne energii "Perhaps Vampires Is a Bit Strong But...", "From the Ritz to the Rubble" czy "Still Take You Home" z powodzeniem mogłyby promować płytę jako single. Pod względem przebojowości i błyskotliwości z pewnością nie ustępują zarówno "Fake Tales of San Francisco", "The View from the Afternoon", a nawet wspomnianemu "I Bet You Look Good on the Dancefloor".

Kolejnym mocnym punktem debiutu Arctic Monkeys jest kilka spokojniejszych kompozycji, w których gitary, zamiast buńczucznie hałasować, wybrzmiewają nastrojowymi, pełnymi lekkości melodiami. Jedna z nich - "Mardy Bum" - to nie tylko stały bywalec koncertowych setlist zespołu, lecz także jeden z najsłynniejszych i najbardziej rozpoznawalnych utworów z całego Whatever People Say I Am, That's What I'm Not. Ciepło bije tu dosłownie z każdego dźwięku gitar, z każdej frazy zaśpiewanej przez Alexa Turnera przepełnionym delikatnością głosem. Wszystko - zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej - stoi tu najwyższym poziomie. Im dłużej słuchamy "Mardy Bum", tym trudniej oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z utworem kompletnym, arcydziełem. To, jak się rozwija, jak płynnie przechodzi z lekkiego, sielankowego charakteru - najpierw - w gwałtowne, buntownicze przejście (rodem z "I Bet You Look Good on the Dancefloor"), a na koniec - w wieńczące całość pełne ciepła i łagodności gitarowe rozwiązanie, jest po prostu  g e n i a l n e.

Omawiając najciekawsze punkty Whatever People Say I Am, That's What I'm Not, nie mógłbym pominąć drugiego singla z tego albumu - świetnie przyjętego (#1 na brytyjskiej liście przebojów) "When the Sun Goes Down". Utwór zaczyna się zupełnie niewinnie, spokojnie, można by nawet rzec - melancholijnie. Zaraz jednak daje o sobie znać donośne, szorstkie brzmienie gitar, charakterystyczna pędząca perkusja i zachrypnięty, głos wykrzykującego do mikrofonu Alexa Turnera. W połączeniu z ambitnym, intrygującym tekstem, który opowiada znacznie poważniejszą historię niż beztroskie tańczenie do electro-popu z lat 80. (tematem "When the Sun Goes Down" jest bowiem prostytucja), daje to świetną, zaskakująco dojrzałą piosenkę. Na szczęście w przypadku pierwszych dokonań Arctic Monkeys "dojrzale" nie znaczy "bez polotu". "When the Sun Goes Down" jest tak samo hałaśliwe, energiczne i błyskotliwie jak pozostałe single z Whatever People Say I Am, That's What I'm Not.

Domyślam się, że słowa "świeżość", "energia" czy "błyskotliwość" przewijają się w tej recenzji zdecydowanie zbyt często. Trudno jednak mówić o Whatever People Say I Am, That's What I'm Not, nie podkreślając na każdym kroku tego, co w tej płycie najlepsze, tego, co powinno definiować każdy debiut młodej rockowej kapeli. Nie ma tu poetyckich tekstów, epickich kompozycji czy eksperymentalnego spojrzenia na gatunek. Kunszt tego albumu objawia się w szczerym, głośnym, buntowniczym graniu, prostych, lekko napisanych tekstach, błyskotliwych rymach (chyba tylko Alex Turner jest w stanie znaleźć rym do słowa "stomach") i niebywałej autentyczności, jaka bije tu z każdej piosenki. Czy to jednak wystarczy, by okrzyknąć tę płytę "świetną" i "przełomową".

Dla mnie świetny album to taki, na którym nie ma ani jednej złej lub choćby przeciętnej piosenki. To album, który powala zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym. To album, do którego chce się wielokrotnie wracać i odkrywać go na nowo. To wreszcie album, który sprawia słuchaczowi ogromną przyjemność i wywołuje w nim określone, wyraziste emocje. Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że Whatever People Say I Am, That's What I'm Not spełnia każdy z tych warunków.

Czy jednak debiut Arctic Monkeys można określić mianem przełomowego? Chyba nie sposób nie zgodzić się, że omawiana przez mnie płyta wyniosła gitarowe granie do mainstreamu (album #1 w Wielkiej Brytanii przez prawie miesiąc, ponad 2 mln sprzedanych kopii na świecie), dała początek wieloletniej karierze jednego z najlepszych rockowych zespołów XXI wieku i wreszcie została w pamięci rzeszy słuchaczy, dla których Arctic Monkeys to nie ci odpicowani Amerykanie od "R U Mine?" czy "Do I Wanna Know?" - w ciemnych Ray-Banach, z osobliwymi, tłustymi od żelu fryzurami, a raczej proste chłopaki z Sheffield - z niechlujnymi fryzurami i analogicznym do ich wieku trądzikiem; chłopaki, którzy grają szczerze, bezkompromisowo i nie muszą niczego udawać.