Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kakofoniczny poleca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kakofoniczny poleca. Pokaż wszystkie posty

8 września 2014

KRÓTKA RECENZJA: A Sunny Day in Glasgow - Sea When Absent



W jednym z wywiadów Prince powiedział: You can't understand the words of the Cocteau Twins songs, but their harmonies put you in a dreamlike state. Dokładnie tak samo jest z muzyką A Sunny Day in Glasgow.

28 lipca 2014

RECENZJA: Lykke Li - I Never Learn



Długo zastanawiałem się, co napisać o tej płycie. Czy pochwalić ją za niesamowitą spójność, świetne, przejmujące teksty, doskonałe multiinstrumentalne aranżacje, a może dojrzały, pełen ekspresji wokal Lykke Li? Stwierdziłem jednak, że najuczciwiej będzie, gdy skupię się na czymś, co powinno być najbliższe każdemu, kto choć raz zetknął się z I Never Learn. Będzie więc o emocjach towarzyszących słuchaniu tej płyty.

Otóż jest smutno. Cholernie smutno. Melancholia, ból, żal i poczucie straty wyzierają tu z niemal każdego fragmentu dowolnej piosenki. Nawet melodyjne, przestrzenne, niepozbawione popowej chwytliwości refreny utrzymują słuchacza w nastroju jakiejś dziwnej pustki - świadomości, że to, co dobre i radosne, odeszło bezpowrotnie. Na szczęście jednak cały ten smutek nie okazuje się zupełnie przytłaczający. Z czasem można się do niego przyzwyczaić, spróbować świadomie go przyjąć, a nawet - tak, jak w zamykającym album utworze "Sleeping Alone" - zastanowić się, jak można by z nim żyć. Oprócz wielu odcieni smutku nowa płyta Lykke Li pozwala również zanurzyć się w innych, znacznie przyjemniejszych emocjach. Kompozycje takie jak "No Rest for the Wicked", "Silver Line", "Gunshot" czy "Never Gonna Love Again" za każdym razem wywołują we mnie dziwną mieszankę zachwytu, natchnienia i wzruszenia. Tylko tekst tych piosenek - przejmujący, przygnębiający i pełen żalu - nie pozwala do końca zapomnieć, o czym tak naprawdę są te utwory i, w jak smutnych emocjach zostały osadzone przez autorkę.

Muszę przyznać, że rzadko zdarza się, by balladowy album mnie nie nudził, fascynował od A do Z, co i rusz dostarczał nowych, głębszych przeżyć. Ale taką właśnie płytą jest I Never Learn - płytą nie tylko emocjonalną, ale też emocjonującą, wyjątkową, spójną, przemyślaną i niezwykle dojrzałą. Z całej dyskografii Lykke Li to właśnie ten niepozorny, bo zaledwie trzydziestotrzyminutowy album zrobił na mnie największe wrażenie.




kakofoniczny
poleca

25 lipca 2014

RECENZJA: The Black Keys - Turn Blue



Musieli się zawieść ci, którzy od nowej płyty The Black Keys oczekiwali powrotu do prostego, blues rockowego brzmienia. Już sama okładka Turn Blue dała jasno do zrozumienia, że muzycznie będzie zupełnie inaczej niż zwykle - bardziej eksperymentalnie, kolorowo i psychodelicznie.

Pójście w nowe klimaty dla wielu zespołów kończy się katastrofą, w przypadku The Black Keys trzeba jednak odnotować spektakularne zwycięstwo. Ewolucję – żeby nie powiedzieć: rewolucję – w brzmieniu duetu doskonale ukazuje tytułowy singiel „Turn Blue”. Łagodna, przyjemnie nastrajająca gitara, wyraźnie wyeksponowany bas, lekka, nienarzucająca się perkusja Patricka Carneya oraz spokojny, nastrojowy wokal Dana Auerbacha - to wszystko daje jasno do zrozumienia, że idzie nowe. A gdy tylko wsłuchamy się uważniej, w tle wyłapiemy o wiele więcej muzycznych smaczków – począwszy od zapętlonego osobliwego bulgotania, przez co jakiś czas odzywające się smyczki, kończąc na niezwykle melodyjnym pianinie w refrenie. Trudno uwierzyć, że za tym wszystkim stoi dwóch blues rockowych wyjadaczy, prawda?

Kluczową rolę w tworzeniu Turn Blue odegrał znany ze swojego producenckiego perfekcjonizmu Danger Mouse. I od razu śpieszę donieść, że zrobił on kawał dobrej roboty. Zapewne znajdą się i tacy, którzy stwierdzą: „wręcz przeciwnie, Danger Mouse ogołocił muzykę The Black Keys z tego, co było w niej najlepsze – z prostoty, chwytliwości i niesamowitej energii”. Zgoda. Ale w zamian dał nowe, wyjątkowe brzmienie, ciekawe i – co najważniejsze – udane eksperymenty z psychodelią oraz szeroką paletę dźwięków i instrumentów (w niektórych kompozycjach wybrzmiewają syntezatory, skrzypki, a nawet instrumenty dęte).

Poza tym Turn Blue to album niesamowicie spójny i równy, pełen świetnych, zapadających w pamięć utworów (np. "In Time", "Bullet In The Brain", "Waiting On Words" czy "Gotta Get Away"). Wbrew licznym, nieprzychylnym recenzjom, moim zdaniem to jedna z najlepszych płyt tego roku. Po raz kolejny „dziewiątka” całkowicie zasłużona.

kakofoniczny
poleca

5 maja 2014

RECENZJA: Mac DeMarco - Salad Days



Dwa lata po świetnym debiucie Mac DeMarco powraca z nowym albumem. Krytycy są zachwyceni. Fani również. A ja? Na początek napiszę tylko tyle: Salad Days to krążek, który chyba najdobitniej zadaje kłam syndromowi drugiej płyty.


Charakterystyczne brzmienie
Mac DeMarco jest jednym z tych artystów, których twórczość możemy rozpoznać już po pierwszych dźwiękach dowolnej piosenki. Charakterystyczne, lekko roztrojone brzmienie gitary oraz przyjemny, łagodny bas jeszcze wspanialej dają o sobie znać na drugim albumie artysty. Fani delikatnej, nieśmiało psychodelizującej stylistyki z pewnością nie będą zawiedzeni.

Single
Wybór singli promujących album nikogo nie powinien dziwić. "Brother" oraz "Passing Out Pieces" to utwory, które od razu zapadają w pamięć, zjednują sobie sympatię słuchacza i wywołują wyjątkowe emocje. "Brother" to przede wszystkim urokliwe melodie w refrenie i niesamowita eksplozja dźwięków pod koniec utworu. Charakterystycznej roztrojonej gitarze towarzyszy tu ekspresyjny pisk artysty oraz psychodeliczny bas rodem z twórczości Tame Impali. Dzięki temu całość brzmi odprężająco, świeżo i oryginalnie.

Na jeszcze większe słowa pochwały zasługuje singiel "Passing Out Pieces" - moim zdaniem najlepsza kompozycja na płycie. Pięknie plumkające w tle syntezatory w połączeniu z subtelnym basem i przewijającą się w refrenie przytulną gitarą tworzą harmonię, w której drzemie jakiś ogromny ładunek emocji, przeżyć i prawd. Wspaniałą warstwę instrumentalną dopełnia łagodny, nienarzucający się wokal Maca DeMarco, przywołujący najlepsze skojarzenia z głosem Damona Albarna z Blur.


Syntezatorowe innowacje
Od czasu wydania debiutanckiego krążka zdominowanego przez brzmienie gitar Mac DeMarco zdążył przekonać się do syntezatorów. Ich subtelne, wysmakowane dźwięki słychać nie tylko w "Passing Out Pieces", lecz również w utworach "Chambers of Reflection" oraz "Jonny's Odyssey". "Chambers of Reflection" to odważny i - trzeba przyznać - bardzo udany krok w stronę psychodelii. Syntezatorowe tło oraz przystępny bas w połączeniu z wysokim, rozmarzonym głosem artysty pozwalają piosence "oderwać się od ziemi" i wejść w zupełnie inne, nieodkryte muzyczne rewiry.

"Jonny's Odyssey" to z kolei powrót do stylistyki, jaką oferuje reszta albumu. Jest tu charakterystyczna, zadziorna gitara. W tle słychać łagodny bas. Pojawiają się też długie dźwięki syntezatorów. Utwór może i nie robi tak piorunującego wrażenia jak poprzednio omawiane kompozycje, trzeba jednak przyznać, że jako spokojne i odprężające zamknięcie albumu sprawdza się zupełnie bez zarzutu.

Salad days, czyli młodzieńcze lata
Salad days to angielski idiom, któremu oprócz "młodzieńczych lat" towarzyszy wiele innych znaczeń, m.in: niedoświadczenie, entuzjazm, idealizm czy niewinność. Wszystkie te skojarzenia z młodością składają się na koncept albumu i doskonale wybrzmiewają zarówno w tekstach, jak i muzyce Maca DeMarco. Na płycie dominuje więc nastrój beztroskiej radości i odprężenia. Pewnie dlatego Salad Days za każdym razem słucha się tak przyjemnie.

Przytulność
Dawno nie słyszałem tak rozkosznej i przytulnej płyta jak ta, którą mam przyjemność recenznować. Z każdej kompozycji wybrzmiewa tu niesamowite ciepło, które nie opuszcza słuchacza ani na moment. Wyjątkowa twórczość Maca DeMarco pozwala w nawet najbardziej deszczowy dzień przenieść się myślami do skąpanej w słońcu laguny, gdzie czas płynie wolno, a troski odpływają wraz z powiewem orzeźwiającej morskiej bryzy. Przynajmniej ja zawsze tak to sobie wyobrażam :)

Spójność i równość
Jeśli na 11 piosenek składających się na całość albumu przypada aż 10 świetnych kompozycji utrzymanych w podobnym nastroju i stylu, płyta zdecydowanie zasługuje na miano spójnej i równej. W przypadku Salad Days zastrzeżenia mam jedynie do utworu "Let My Baby Stay", który niemiłosiernie się dłuży, jest nużący i odnoszę wrażenie, że po prostu za mało w nim Maca w Macu. Poza tym album tworzy spójną całość, która jest jak niemiecka autostrada - próżno szukać w niej jakichkolwiek dziur czy kolein. 

Werdykt
Już debiutancki albumu Maca DeMarco był ucztą dla uszu, czymś nowym, świeżym i unikalnym. Salad Days to jednak dzieło o klasę lepsze, dojrzalsze, bardziej urozmaicone, pod każdym względem pełniejsze. Nie potrafię orzec, czy album ten bardziej podoba mi się jako piękna i niezwykle spójna całość, czy jako kilka oderwanych od siebie świetnych i niezwykle urokliwych kompozycji ("Brother", "Passing Out Pieces", "Goodbye Weekend", "Chamber of Reflection" czy "Go Easy") - co do jednego jestem jednak pewien: Salad Days to bardzo dobra płyta. Pardon, rewelacyjna!



kakofoniczny
poleca

5 kwietnia 2014

KRÓTKA RECENZJA: Eagulls - Eagulls



"Post-punk wraca do łask!" - aż chciałoby się krzyknąć, patrząc na to, co ostatnimi czasy dzieje się na gitarowej scenie alternatywnej. Po świetnych debiutach Have a Nice Life, The Soft Moon czy Savages do grona współczesnych artystów inspirujących się muzyką Joy Division dołączają Anglicy z Eagulls. Ich debiutancki album to hybryda post-punkowego brzmienia i punk rockowego wrzasku. Z każdego utworu bije tu niesamowita energia, bezkompromisowość i odpowiedni dla gatunku chłód. Mimo wielu podobieństw do Joy Division, panowie z Eagulls zdecydowanie odrzucają surowość form, typową niegdyś dla ekipy Iana Curtisa. Ich kompozycje są bardziej przestrzenne, epickie i po prostu bogatsze w dźwięki. To, co zwraca uwagę na debiutanckim albumie Eagulls, to również brak jakichkolwiek spokojniejszych utworów. Każda z piosenek forsuje tu zabójcze tempo i ani na moment nie pozwala słuchaczowi wyrwać się z ekscytującego gitarowego transu.

Na debiucie Anglików próżno szukać jakichkolwiek słabszych punktów. Wszystko brzmi tu niesamowicie świeżo, ekspresyjnie i od początku do końca cholernie dobrze. Panowie z Eagulls w doskonały sposób łączą w swojej muzyce to, co w post-punku było najlepsze z tym wszystkim, czego brakowało temu gatunkowi (przynajmniej na etapie Joy Division). Jest tu więc nie tylko gitarowy chłód, lecz również porażająca energia i niesamowity rozmach, które czynią debiut Eagulls wyjątkowym i rewelacyjnym pod każdym możliwym względem. Krótko mówiąc, "dziewiątka" całkowicie zasłużona!


kakofoniczny
poleca

16 marca 2014

RECENZJA: Angel Olsen - Burn Your Fire for No Witness



Na swoim drugim albumie Angel Olsen udowadnia, że nie jest typową dziewczyną z gitarą. Równie dobrze radzi sobie w spokojnej, akustycznej stylistyce, co w błyskotliwym indie rocku. W efekcie Burn Your Fire for No Witness w zakresie łagodnego gitarowego grania jest płytą różnorodną i ciekawą. Ale czy aby na pewno dobrą i wartościową?

Co łączy ostatnie albumy Kasabian, Queens of the Stone Age czy Tame Impala? Otóż każdą z tych płyt otwiera piosenka nudna, monotonna i w żaden sposób nieoddająca potencjału całości krążka. Podobnie jest z Burn Your Fire for No Witness oraz utworem "Unfucktheworld". Piosence nie można co prawda odmówić bijącego od niej ciepła, ujmującej prostoty i zawartej w tekście rozczulającej naiwności, jednak w odniesieniu do tego, co Angel Olsen oferuje nam w dalszej części albumu, "opener" wypada naprawdę blado. 

Nieco rozczarowujący początek płyty błyskawicznie rekompensuje nam pełne energii "Forgiven/Forgotten". Drapieżny charakter utworu jest tu zasługą nie tylko brudnego brzmienia gitar i mocno wyeksponowanej perkusji, lecz również bezpośredniego, gwałtownego i pełnego sprzeczności tekstu oraz sposobu, w jaki artystka śpiewa o targających ją uczuciach. Mimo że piosenka opowiada o miłości, głos Angel Olsen brzmi tutaj zaskakująco ostro i bezwzględnie, zwłaszcza przy frazach "If there's one thing I fear/ There's one thing I fear/ It's knowing you're around/ So close but not here". Warstwa liryczna "Forgiven/Forgotten" nie opowiada bowiem o miłości pięknej, gorącej, usłanej różami, lecz o uczuciu, które najchętniej puściłoby się w niepamięć, uczuciu zranionym, do którego wraca się z bólem i żalem, uczuciu, które pozostawia po sobie ogromny chaos. Ten emocjonalny rollercoaster najlepiej ukazują słowa "I've wasted my time/ Making up my mind/ I don't know anything/ I don't know anything/ I don't know anything/ But I love you". Miłość ostatecznie więc wraca tu do głosu. Podobnie jak zresztą sympatia do Angel Olsen i jej wyjątkowej muzyki. Po odsłuchaniu świetnego "Forgiven/Forgotten" i kolejnych piosenek na płycie ta sympatia tylko się pogłębia.

Takich bardziej elektrycznych, niż akustycznych brzmień, bardziej indie rockowych niż indie folkowych kompozycji jest na Burn Your Fire for No Witness znacznie więcej. Jedna z nich - "High & Wild" - pod wieloma względami przypomina "Forgiven/Forgotten". Utworowi towarzyszą podobne emocje, identyczne niemal brzmienie gitar oraz tekst zahaczający o podobną tematykę. Całość urozmaicają przyjemne dźwięki wysokich akordów fortepianu. I naprawdę tyle wystarczy, by z czystym sumieniem uznać tę piosenkę za dobrą. Nawet jeśli "High & Wind" nie forsuje zbyt szybkiego tempa, a głos Angel Olsen brzmi tu bardziej melancholijnie, całość utworu jest równie ciekawa i melodyjna, co "Forgiven/Forgotten". No i ta instrumentalna eksplozja dźwięków na końcu... Naprawdę przyjemna piosenka.

Kolejnym indie rockowym punktem Burn Your Fire for No Witness, który zasługuje na oddzielny akapit, jest utwór "Stars". Nieregularne, szarpane rytmy w refrenie, pięknie zawodzący (tak, ten oksymoron jest tu naprawdę uzasadniony) głos Angel Olsen i niesamowite emocje wybrzmiewające zarówno w muzyce, jak i tekście - to wszystko czyni tę piosenkę świetną i wyjątkową. Od "Stars" bije jakieś osobliwe ciepło - czułe i jednocześnie smutne, rozweselające i zarazem przygnębiające.

Podobne emocje towarzyszą też słuchaniu "Lights Out" - utworu prostego, przytulnego, ale jednocześnie trochę melancholijnego. Harmonia łagodnego brzmienia gitary, mocno wyeksponowanego basu, spokojnej perkusji i pięknego głosu artystki brzmi tu nieprawdopodobnie ciepło, przyjemnie i kojąco. W bardziej szorstką stylistykę wchodzi za to numer 3. na albumie, czyli utwór "Hi-Five". Wybrzmiewa w nim specyficzne, trochę kostropate brzmienie gitary, gdzieniegdzie głos Angel Olsen zawodzi przy wyższych dźwiękach - krótko mówiąc, jest osobliwie i ryzykownie. Pomimo tego, "Hi-Five" słucha się z dużą przyjemnością. Jest w tej piosence coś, co zawsze wywołuje u mnie uśmiech i wprowadza w dobry nastrój.

Czy powolna, akustyczna strona Burn Your Fire for No Witness jest równie dobra, jak ta "elektrycznogitarowa", energiczna - omówiona w poprzednich akapitach? I tak, i nie. "Iota" to bardzo ładna, zwiewna piosenka, ale raczej nie wzbudza większych emocji. Nie ma w niej nic, co kazałoby wielokrotnie wracać do tego utworu i odkrywać go na nowo. Pod tym względem jeszcze gorzej jest z "Enemy" - zdecydowanie najgorszym punktem całego albumu, właściwie jedyną jednoznacznie złą kompozycją na Burn Your Fire for No Witness. Niemiłosiernie się ciągnie, ciągle utrzymuje na jednym, nudnym poziomie emocjonalnym i nie rozwija w absolutnie nic godnego uwagi. To tyle jeśli chodzi o "nie".

Z drugiej jednak strony mamy trzy akustyczne piosenki, które zdecydowanie podnoszą wartość płyty. Pierwszą z nich jest majestatyczne "White Fire" - najdłuższa, ale jednocześnie najwspanialsza kompozycja na albumie. Co czyni ją tak wyjątkową? Przede wszystkim prostota, minimalizm oraz surowość, którą przełamuje dopiero wejście gładkiego, łagodnego i nieskazitelnego głosu Angel Olsen. W efekcie "White Fire" zabiera słuchacza we wspaniałą, wzruszającą podróż po archipelagu najróżniejszych emocji - od nadziei, przez niepokój, po smutek i przygnębienie. Kompozycją równie cudowną, wywołującą u mnie gęsią skórkę jest "Dance Slow Decades". Dojście do pięknego punktu kulminacyjnego zwiastuje tu: wykonująca rytmiczne crescendo perkusja, łagodnie przygrywająca gitara oraz przyjemnie współgrające z całością pianino. Na pochwałę zdecydowanie zasługuje również zamykające album "Windows" - utwór szlachetny, lekki i wyciszający. Dla niektórych może urosnąć do rangi oczyszczającego z emocji katharsis, dla innych będzie zapewne tylko kolejną przyjemną, uroczą piosenką - tak czy inaczej w roli klamry spinającej Burn Your Fire for No Witness "Windows" sprawdza się naprawdę doskonale.

No i teraz czas na najtrudniejszą część każdej recenzji - podsumowanie. Drugi album Angel Olsen nie jest dziełem skomplikowanym, szokującym rozmachem czy mnogością form. Burn You Fire for No Witness zdecydowanie stawia na prostotę i właśnie to w tej płycie jest najwspanialsze. Prostymi środkami artystka przekazuje moc emocji, doświadczeń i pokazuje, że wystarczy tworzyć szczerą, autentyczną i bliską swojemu sercu muzykę, by zjednać sobie sympatię słuchacza. Płyty słuchało mi się z ogromną przyjemnością. Niewiele było tu punktów słabych, proszących się o przerwanie, przewinięcie lub przełączenie na następną piosenkę. Kilka utworów zadziało na mnie mocniej niż myślałem, wzbudziło ogromne emocje, wzruszyło, wywołało gęsią skórkę, niekiedy nawet czułem ciarki na plecach.

Nie da się ukryć, że Angel Olsen stworzyła naprawdę bardzo dobry, spójny album, który zasługuje na duże uznanie. Czy jednak Burn Your Fire for No Witness okaże się płytą wartościową i zostanie w świadomości słuchaczy na długo? Tego nie wiem i chyba nikt nie potrafi tego orzec. Póki co, drugi album artystki umościł się wśród moich ulubionych albumów ostatnich miesięcy i już teraz wieszczę mu wysokie miejsca w wielu muzycznych podsumowaniach 2014 roku.


kakofoniczny
poleca